Beczka.*

                  Gdzieś, kiedyś, za górami, za lasami żyła sobie mała dziewczynka. Ot, takie maleńkie złotko kochane przez rodziców oraz przez cudnych dziadków. Kiedy miała 2,5 roku przyszła na ten świat jej siostrzyczka, ale na dziewczynce nie zrobiło to jakiegoś większego wrażenia. Albo jej się tak tylko wydaje. 

                 Dziewczynce żyło się dobrze i beztrosko. Z tłumu wyróżniały ją wielkie, zielone oczy i gadulstwo. Tak, tak. Jak wieść gminna niesie w wieku 1 roku mówiła pełnymi i poprawnymi zdaniami. No może z odrobina śląskiej gwary, której nauczyła siep od tak bardzo ukochanych dziadków.

                   Kiedy dziewczynka była bardzo, bardzo mała jej rodzice zaczęli budować dla nich wspólny dom, a że czasy były ciężkie uczestniczyła w tym cała niemalże rodzina, a ona sama chętnie przybywała na budowie. Tam zbierała kamyki, deseczki, kawałki cegieł. Przelewała wodę z jednego naczynia do drugiego nieustannie przy tym mówiąc. Ku irytacji obecnych tam osób.
Niektórzy z nich próbowali ją nawet przekupić, aby chociaż na chwilę się zamknęła.

Bez skutku.

               W pewne późne popołudnie mamę dziewczynki zaniepokoiła panująca na palcu budowy cisza. Zaniepokojona zaczęła szukać i wołać swoje dziecko. Na próżno.

               W ostatniej chwili mama zobaczyła unoszącą się na powierzchni wody ogromnej, pełnej beczki fioletową sukienkę córeczki. Dziecko wpadło do środka.
Mama narobiła wielkiego krzyku, ludzie z budowy, a także sąsiedzi zbiegli się natychmiast. Ktoś pobiegł (nie było telefonu) po lekarza. Tan ostatni przybył natychmiast, a wcześniej zadzwonił po karetkę. Były to czasy kiedy lekarze biegli do pacjenta ZA DARMO.

Niestety dziecko nie dawało znaku życia, a reanimacja nie przyniosła żadnego rezultatu.

                 Dziewczynkę zabrała karetka do szpitala, a zrozpaczonych rodziców bezpardonowo uprzedzono, aby nie robili sobie większej nadziei. W domu zapanowała gehenna i rozpacz, a budowę przerwano.

Nawet przyjechała milicja podejrzewając rodziców o utopienie własnego dziecka.
Na szczęście postępowanie umorzono.


Jedynie matka dziewczynki odmówiła kupna czarnej sukienki jako jedyna wierząc w powrót dziecka do domu.


                  Głęboko pobożna babcia całe dni przesiadywała w kościele prosząc Boga o litość dla wnuczki.
A ta leżała nieprzytomna przez całe, długie 10 dni. Jedenastego dnia otwarła oczy i……. zaczęła jakby nigdy nic gadać. W domu zapanowała radość nie do opisania. Przyszli sąsiedzi i odbyła się najprawdziwsza w świecie uczta. Były to czasy, kiedy sąsiedzi znali się dobrze i pomagali sobie wzajemnie. A nawet pozdrawiali się regularnie.


                  Po kilku dniach dziecko wyszło ze szpitala i do dzisiaj pamięta (chociaż NIKT jej nie wierzy) zapłakanych rodziców czekających w szpitalnej poczekalni. Dostała od nich w prezencie wielkiego misia, którego zresztą ma do dzisiaj.


                   Aktualnie mała dziewczynka jest bardzo dorosłą kobieta. Ciężko choruje od wielu, wielu lat. Uważa, że ta choroba jest konsekwencją tego właśnie traumatycznego doświadczenia. I znów NIKT jej nie wierzy.


              Czasami, w chwilach zwątpienia, czarnych myśli i ogromnego bólu marzy: szkoda, że nie zostałam w tej beczce na zawsze.

 

*Based on the true story.



Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s