Category Archives: Bazgroły.

Toto – Lotek.

                  Wracam do tej małej dziewczynki, która w poprzednim odcinku „Bazgrołów” się utopiła. 

             Odchorowała ona to utopienie niezwykle ciężko, ale po jakimś czasie jako tako doszła do siebie. Gwoli ścisłości dodam, że nigdy nie doszła do siebie tak NAPRAWDĘ. Pewnego wieczora, kiedy dziecko miało jakieś 5 lat, jej ojciec wypełniał kupon popularnego Toto-Lotka. Wygraną było MILION złotych co wtedy było kwotą naprawdę ogromną i dla zwykłych śmiertelników prawie niewyobrażalną. Ojciec zwrócił się do córki, aby ta podała jakieś numery. 5,9,25,26,27,28 powiedziało dziecko co wiedziało. Tata numery zapisał, ale ostatni zmienił, gdyż wydawały mu się one „dziwne”.

I co? Właśnie.

  
              A teraz le moment suprême. W niedzielę padły dokładnie właśnie te liczby. Ojciec rwał włosy z głowy, matka rwała wszystko co wpadło w jej ręce. Dziewczynka, idąc za przykładem rodziców, rwała włosy z głowy siostry, a ta z jej. Pod koniec dnia wszyscy solidarnie byli prawie łysi. Jedynie psu się udało, a to tylko dlatego, że uciekł do ogrodu. Ale niestety mleko się rozlało i rodzice trafili tylko piątkę. Otrzymali niewielką kasę. Uczciwie dodam, że nie doszło jakimś cudem do ich rozwodu.


                Ale, Proszę Wielce Szanownego Państwa, to nie koniec tej historii. Wieść o możliwej wygranej lotem błyskawicy rozeszła się po rodzinie i po okolicy (ta poezja mnie wykończy). Do naszej bohaterki zaczęły się schodzić istne pielgrzymki sąsiadów, wujków, ciotek prośbą o numery oczywiście.
Interes zwietrzyła młodsza siostra naszej bohaterki, która już w wieku 3 lat miała smykałkę do interesów. Nasza dziewczynka wytwornie siedziała na wytwornych poduszkach, a gawiedź przynosiła jej różne rzeczy, aby otrzymać audiencję. Nic za darmo. Były więc czekoladki, misie, zabawki, cukierki….itp. Żyć nie umierać.


             Dziecko opływało w dobra i podniecało się statutem celebrytki. Siostra również opływała w dobra i podniecała się statutem menagera.


Niestety, niestety. Glamour nie trwał długo. Dziecko nie przewidziało już absolutnie niczego i za jakiś czas powróciło do marnego statutu bachora.


I tak trwa to do taj pory. No może z wyjątkiem tego, że nie jest już ono bachorem tylko starą babą.

 

Beczka.*

                  Gdzieś, kiedyś, za górami, za lasami żyła sobie mała dziewczynka. Ot, takie maleńkie złotko kochane przez rodziców oraz przez cudnych dziadków. Kiedy miała 2,5 roku przyszła na ten świat jej siostrzyczka, ale na dziewczynce nie zrobiło to jakiegoś większego wrażenia. Albo jej się tak tylko wydaje. 

                 Dziewczynce żyło się dobrze i beztrosko. Z tłumu wyróżniały ją wielkie, zielone oczy i gadulstwo. Tak, tak. Jak wieść gminna niesie w wieku 1 roku mówiła pełnymi i poprawnymi zdaniami. No może z odrobina śląskiej gwary, której nauczyła siep od tak bardzo ukochanych dziadków.

                   Kiedy dziewczynka była bardzo, bardzo mała jej rodzice zaczęli budować dla nich wspólny dom, a że czasy były ciężkie uczestniczyła w tym cała niemalże rodzina, a ona sama chętnie przybywała na budowie. Tam zbierała kamyki, deseczki, kawałki cegieł. Przelewała wodę z jednego naczynia do drugiego nieustannie przy tym mówiąc. Ku irytacji obecnych tam osób.
Niektórzy z nich próbowali ją nawet przekupić, aby chociaż na chwilę się zamknęła.

Bez skutku.

               W pewne późne popołudnie mamę dziewczynki zaniepokoiła panująca na palcu budowy cisza. Zaniepokojona zaczęła szukać i wołać swoje dziecko. Na próżno.

               W ostatniej chwili mama zobaczyła unoszącą się na powierzchni wody ogromnej, pełnej beczki fioletową sukienkę córeczki. Dziecko wpadło do środka.
Mama narobiła wielkiego krzyku, ludzie z budowy, a także sąsiedzi zbiegli się natychmiast. Ktoś pobiegł (nie było telefonu) po lekarza. Tan ostatni przybył natychmiast, a wcześniej zadzwonił po karetkę. Były to czasy kiedy lekarze biegli do pacjenta ZA DARMO.

Niestety dziecko nie dawało znaku życia, a reanimacja nie przyniosła żadnego rezultatu.

                 Dziewczynkę zabrała karetka do szpitala, a zrozpaczonych rodziców bezpardonowo uprzedzono, aby nie robili sobie większej nadziei. W domu zapanowała gehenna i rozpacz, a budowę przerwano.

Nawet przyjechała milicja podejrzewając rodziców o utopienie własnego dziecka.
Na szczęście postępowanie umorzono.


Jedynie matka dziewczynki odmówiła kupna czarnej sukienki jako jedyna wierząc w powrót dziecka do domu.


                  Głęboko pobożna babcia całe dni przesiadywała w kościele prosząc Boga o litość dla wnuczki.
A ta leżała nieprzytomna przez całe, długie 10 dni. Jedenastego dnia otwarła oczy i……. zaczęła jakby nigdy nic gadać. W domu zapanowała radość nie do opisania. Przyszli sąsiedzi i odbyła się najprawdziwsza w świecie uczta. Były to czasy, kiedy sąsiedzi znali się dobrze i pomagali sobie wzajemnie. A nawet pozdrawiali się regularnie.


                  Po kilku dniach dziecko wyszło ze szpitala i do dzisiaj pamięta (chociaż NIKT jej nie wierzy) zapłakanych rodziców czekających w szpitalnej poczekalni. Dostała od nich w prezencie wielkiego misia, którego zresztą ma do dzisiaj.


                   Aktualnie mała dziewczynka jest bardzo dorosłą kobieta. Ciężko choruje od wielu, wielu lat. Uważa, że ta choroba jest konsekwencją tego właśnie traumatycznego doświadczenia. I znów NIKT jej nie wierzy.


              Czasami, w chwilach zwątpienia, czarnych myśli i ogromnego bólu marzy: szkoda, że nie zostałam w tej beczce na zawsze.

 

*Based on the true story.



Wanda.

                 Stanowiła prawie całe jego życie. Piękna, po prostu piękna. Z nieukrywaną radością, a nawet lubieżnie przyglądał się Jej jak leniwie przeciągała się w promieniach słońca. Wyglądała jeszcze piękniej w lekkim zmroku. Zrobiłby dla niej dosłownie wszystko. Zrezygnował z intratnej posady, gdyż była związana z częstymi wyjazdami.

Jak to zostawić ją samą?
Taką bezbronną kruszynkę?

Czy można komuś powierzyć opiekę nad Nią?
Tak zwyczajnie zaufać?

Nie, nie. Nigdy w życiu.

                  Przestał wyjeżdżać na wakacje każdą, ale to każdą chwilę poświęcając Jej i tylko Jej. I wcale, ale to wcale z tego powodu nie było mu przykro czy źle.
Wręcz przeciwnie. Jej wspaniała, pielęgnowana tak troskliwie uroda napawała go autentyczną  dumą.

Każdego ranna witał się z nią czule i tak samo czule żegnał się z nią wieczorem.

A w nocy?

W nocy bardzo często śnił i śnił o Niej oraz o ich wspaniałym, wspólnym życiu.

                Jedynie z czym musiał się pogodzić to z chodzeniem do pracy. Ale nic to. Na laptopie widniało Jej fantastyczne zdjęcie (które jednak w obawie o zazdrość skwapliwie ukrywał przed kolegami), a więc tak w zasadzie to nawet wtedy byli razem.


Zawsze razem.

On i Ona.

Ona i ON.


Jego Vanda Orchidaceae.