Category Archives: Didaskalia.

Litości.

Na zewnątrz jest tylko  +9 st.

Ziiiiiimno:( Sakramencko zimno.

               W domu włączyło się ogrzewanie. Gdyby nie to, że jest ładnie i zielono to pomyślałabym, że jest listopad.

 

Ot i tak….

          …. znienacka zrobiło się lato. Jest cieplutko, słonecznie i bezwietrznie.
Ale halo, halo! Ja nie jestem na lato przygotowana. Jak założyć sandałki bez zrobionego pedicure????

No jak?

               Uważam, że takie „niezrobione” odkryte palce wyglądają koszmarnie brzydko. U rąk zresztą także. No i dochodzą jeszcze te niemożebnie białe nogi. Nie dość, że ździebko przychude to jeszcze zbyt białe. Wiem, że dla niektórych brzmi to komicznie, ale dla mnie nie bardzo.

                Inny problem: tradycyjnie, jak co roku podczas nagłej zmiany pogody zupełnie, ale to zupełnie nie mam się w co ubrać. Zastanawiam się, jak i przede wszystkim w czym, ja przeżyłam ubiegłe lato? Niby w szafach pełno…. . Historia z całą pewnością powtórzy się jesienią.

I tak, tak już słyszę ten jęk rozpaczy u mojego męża. On ma zawsze w co się ubrać. Zawsze.

             Do pełni szczęścia zaczyna mnie boleć gardło i ucho. Również tradycyjnie na początek lata. To oczywiście skutek uboczny powszechnie działającej klimatyzacji.



 No to ciao i pędzę po lakier do paznokci.

 

Co za ulga….

…….że już te Walentynki mamy z głowy. Ufffff.

                     Nie musimy więc dzisiaj wieczorem być dla siebie ani dobrzy, ani mili, ani uprzejmi. Powarczymy sobie tylko troszkę podczas jedzenia. Nie muszę się gimnastykować z obiadem. Zrobię tylko zwykle spaghetti bolonaise. Sama radość.

                      Nie martwię się także o żadną sexy bieliznę i bezkarnie ponoszę sobie stare, sprane barchany. Mąż zaś nie musi naruszać karty kredytowej kupując mi znowu te diamenty.

No pięknie. Zwyczajnie pięknie.

 

co.

 

P.S.
Kto regularnie mnie czyta doskonale wie o co chodzi;)))))



Rozmowa telefoniczna.

                Czynność codzienna i trywialna, ale w dobie smartphonów dla niektórych chyba sens życia. Boże ileż się trzeba nasłuchać o operacjach, jelitach, nieudanym seksie, kłopotach z dziećmi i z chłopami. Wieczne i wieczne narzekania. Bla, bla, bla. Dużo, głośno i bez żenady. Rozmawiamy prawie machinalnie niewiele się zastanawiając. Paplam ergo sum.


No właśnie.
A może jednak byłoby warto?


Ale ad rem.
                   Mój mąż obchodził urodziny. W tym roku jego bratu udało się nie zapomnieć i zadzwonić z życzeniami. Wszyscy wiemy jak łatwo o czyiś urodzinach nie pamiętać; co roku inny dzień i inna data;( Ciężka, ciężka sprawa. Byłoby znacznie prościej gdyby urodziny obchodziło się zawsze w tym samym dniu.

                   Mąż odebrał telefon i, zgodnie z tutejszym bardzo dobrym zresztą i naprawdę godnym naśladowania zwyczajem, grzecznie się przedstawił. Po czym powiedział: dziękuję za życzenia, po czym dziękuję za telefon i pozdrów rodzinkę. Krótka wymiana zdań? Nic z tego. Rozmowa trwała circa 25 minut! Brat zadzwonił żeby sobie poględzić o zepsutym ogrzewaniu, o kłopotach z nadwagą, o wstrętnym kocie (brudzi strasznie w domu), o nieodpowiedzialności faceta kładącego nowe płytki w łazience…etc. Fascynujące, nieprawda? Cała rozmowa dotyczyła tylko i wyłącznie jego spraw i jego problemów. Tylko okazja do rozmowy dotyczyła mojego męża.

                    Nie padło żadne, powtarzam żadne pytanie o samopoczucie solenizanta czy o jego plany związane z urodzinami. Nic, ale to kompletnie nic. Ponieważ mój mężczyzna jest człowiekiem kulturalnym i uprzejmym nie odłożył słuchawki.


A może powinien?


Albo ja się bezpodstawnie czepiam?



Cyrk…..

………z prezentami świątecznymi w Belgii, i nie tylko, już się zaczął.


                   W sklepach, niestety, robi się (zbyt) tłoczno. A my zamówiliśmy prawie wszystko on line.

Właśnie przed chwileczką poczta dostarczyła ostatni z prezentów.
I fajnie.
I spoko.

I bez stresu.

No i niech żyje Internet.

No i na dodatek bardzo, ale to bardzo przystojny listonosz:)



A w Belgii….

……..tymczasem ponad 25°C.

           Zwariować można. Wróciłam wczoraj do domu (prawie) ugotowana.
Kompletny misz – masz. Ludzie zdezorientowani i jedni paradują w ciepłych kurtkach i w kozakach, a inni w totalnie letnich szmatach.


Ja byłam ubrana jakoś tak pośrodku.



Spisek.

                         Nie dość, że jestem sama aż do jutrzejszego wieczora to jeszcze dzisiaj:


– nie przyjechał autobus i czekałam 40 minut w deszczu na nastepny

– zepsuło się ogrzewanie w domu i spróbuj człowieku znaleźć fachowca w czasie weekendu

– mąż (po raz kolejny) „gdzieś” zapodział bardzo ładny szal

– leje jak z cebra (ale na szczęście Ksawery nie dotarł)

– obawiam się, że zaczyna mnie boleć ucho i oko (oba prawe)

 

                  No to chyba najwyższy czas, aby otworzyć w ten piękny piątkowy wieczór, wino;)