Category Archives: Dla duszy bez katuszy.

Ósme życie cz.II.

Druga połowa XX wieku. Zimna wojna. Kitty Jaszi i jej brat Kostia żyją po dwóch stronach żelaznej kurtyny. On jest radzieckim oficerem zaangażowanym w budowę podwodnych okrętów atomowych, ona odnoszącą sukcesy piosenkarką. Dla obojga los bywa jednak podobnie niełaskawy. I dla ich bliskich. Kobietom z rodziny Jaszich trafiają się jedynie ulotne chwile szczęścia. A mimo to kochają, podsycają w sobie nadzieję, żyją… na przekór wszystkiemu.

Ósme życie to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie dręczonych przeszłością głosów młodego pokolenia. Nino Haratischwili stworzyła powieść, na jaką czeka się latami: epicki rozmach, pełnokrwiści bohaterowie, wielkie namiętności i cudowny, plastyczny styl.

„»Ósme życie« wskoczyło na szczyt mojej subiektywnej listy powieści życia. Sprawdźcie sami”. (Marcin Meller)

„Najlepsza powieść roku!” (Der Spiegel)

Ależ mnie wciongło. Dostałam w prezencie i to na dodatek po polsku. I jeszcze na dodatek pięknie wydana, co bardzo lubię i cenię.
Moj mąż prawie codziennie jedzie wystraszony wieczorem do domu, bojąc się, że nie będzie obiadu i że pies od rana jest niewysikany.

Ta książka to jest gotowy, fascynujący scenariusz na kilka seriali. Tyle się tam dzieje. Na dodatek tło historyczne nie przeslania fabuły, wręcz przeciwnie tylko ją wzbogaca.

Z czystym sumieniem polecam, ale ostrzegam książka jest fantastycznie gruba i trzeba jej poświecić wiele, wiele czasu.

Na zakończenie przytaczam jeden z wielu ciekawych cytatów:

Co rozdajesz, to odzyskujesz,

Co ukrywasz tracisz.

Ósme życie.

Monumentalna, przerażająca i piękna zarazem powieść, rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy XX wieku.

Początek XX wieku. Mroźna zima. Na świat przychodzi Stazja Jaszi, córka najsłynniejszego w carskiej Rosji gruzińskiego wytwórcy czekolady. Wraz ze Stazją i kolejnymi pokoleniami rodziny Jaszi zanurz się w gąszcz historii najkrwawszego ze stuleci.

Od pierwszej wojny światowej przez rewolucję październikową i drugą wojnę światową do początku XXI wieku. Od gruzińskich wybrzeży Morza Czarnego po Berlin, Paryż i Londyn.

„Ósme życie” to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie dręczonych przeszłością głosów młodego pokolenia, przypominający o wciąż nieodrobionej lekcji historii Europy. Nino Haratischwili stworzyła powieść, na jaką czeka się latami: epicki rozmach, pełnokrwiści bohaterowie, wielkie namiętności i cudowny, plastyczny styl.

C.d.n.

Tschernobyl.

Albo po polskiemu Czernobyl.

Długo i skutecznie się opierałam, aby tego serialu Netfixa nie oglądać. Jednak w końcu domowy oprawca stracił cierpliwość, przywiązał mnie do fotela, zakneblował i włączył serial.

Z początku nie byłam jakoś tak specjalnie zainteresowana. Ale mnie wciongło. Film jest ciekawy i straszny zarazem. Nie wszystko co w nim jest przedstawione jest prawdą (chociaż oficjalnie film jest historycznym dramatem), ale nie szkodzi. Przerażająca katastrofa i przerażające konsekwencje dla wielu, wielu ludzi. Oficjalnie zamarło tam „tylko” 50 osób. Informacje te są jednak zakłamane i nieprawdziwe. Skąd my to znamy?
Jak to dobrze, że aktualne reżimy są rzetelne w swoich unformacjach i nie oszukują.

Polecam.

Joker.

Z wielką radością przyjęłam werdykt w sprawie Oscara dla najlepszej roli męskiej. Joaquin Phoenix!!!!!!! To jest właśnie to. Mój ukochany od wielu, wielu lat aktor.
A w gra w „Jokerze” znakomicie i tak przekonywująco, że wieczorem, po obejrzeniu filmu, bałam się zamknąć oczy ze strachu, że ten Joker do mnie przyjedzie. Na szczęście nie dotarł.

Film jest piękny i jednocześnie straszny, a także niewiarygodnie wciągający.

Kilka lat temu byłam bardzo, ale to bardzo zawiedziona kiedy nie otrzymał Oscara za pierwszoplanową rolę w „Walk the Line”. Kto nie widział, a kocha i kino, i muzykę Johnny Casha to niech żałuje. Jest naprawdę czego.

No i również z radością zainkasowałam wiadomość, że opisywany przeze mnie „The Irishman” nie dostał ani jednej statuetki.
Ja to się znam na filmach😉

A to sam główny bohater w głównej roli:)

Dirty Dancing.

Zupełnie niezaplanowanie obejrzeliśmy, po raz kolejny zresztą “Dirty dancing”, w piątkowy wieczór. Patrzyłam jak zaczarowana. Patrick Swayze to nie mój ideał mężczyzny, ale jednak jestem nim zachwycona. Świat płakał kiedy zmarł w 2009 roku i ja również. I wiem, że fabuła filmu jest naiwna, charaktery nieskomplikowane, a gra aktorska taka sobie. Ale ten TANIEC i ta MUZYKA. Mój Boże. Film cudny. Sensualny. Podniecający i pasjonujący. Na początku mój mąż troszkę ze mnie żartował, ale potem również patrzył zauroczony.
Ja już zdaje się wspomniałam, że się na starość robię się strasznie sentymentalna.

The Irishman.

Mieszanka tak znanych nazwisk jak: R. de Niro, Al Pacino, Joe Pesci czy sam capo do tutti capi całego oddziału geriatrycznego Martin Scorsese obiecuje bardzo wiele. Może zbyt wiele. Film ten, choć fabularny, nie ma fabuły, tylko jest wspominkowym bajdurzeniem mordercy mafii.

De Niro gra jak zwykle ze skwaszoną gębą. Gaworzy sobie beztrosko na ekranie przez dłuuuugi czas, a my to oglądamy. Nie wiem, za jakie grzechy. Za tym aktorem nigdy nie przepadałam i do tej pory nie rozumiem zachwytów nad nim. Na dodatek to jest zwyczajnie stary chłop (nie mylić proszę ze starszym panem). Zestarzał się brzydko i wygląda niechlujnie oraz prostacko, także poza filmem.

Al Pacino, jeden chyba z wybitniejszych hollywoodzkich aktorów, ocieka botoksem tak, że przykro patrzeć. Kiedy go zobaczyłam myślałam, że się właśnie co zderzył z ciężarówką lub, że go ukąsiło jakieś 100 pszczół. Ale gra, jak zawsze, świetnie.

Pesci odtwarza najlepszą i najciekawszą chyba rolę w tym filmie.

Mafia to interesujący i frapujący temat. Tak było, tak jest i tak najprawdopodobniej będzie. Okazuje się jednak, że nawet takim tematem można ludzi zwyczajnie zanudzić na śmierć. “The Irishman” to niestety nie ” The good father”. Szkoda. Na dodatek film trwa 3,5 godziny. Ludzie ratunku i co za szczęście, że mamy „Netflix” w domu. W kinie zdechłabym z całą pewnością.

Scorsese obiecał, że jest to najprawdopodobniej ostatni jego film. Let it be.

A teraz proza życia każe mi kończyć i udać się do kuchni. Osobisty Polishman niedługo wróci do domu. Głodny.  Jak zwykle.

La casa de papel.

No i znowu nas wciongło.

Obejrzeliśmy wszystkie (!) odcinki na “Netfixie”. Hiszpańska produkcja, do której na początku nie miałam specjalnego zaufania okazała się być prawdziwą perełką. Wartka, zaskakująca akcja, inteligentne dialogi, dobra muzyka:

 oraz  fajna gra aktorska. Czegóż chcieć więcej?

Na dodatek jeden z głównych bohaterów, El Professor, to młodsza, wierna kopia mojego męża:))))))))

Po raz kolejny się przekonałam jak edukacyjne jest oglądanie filmów w oryginale. Tutejsza TV niczego nie dubbinguje (stokrotne dzięki). Nie znam i nie lubię hiszpańskiego, ale dzięki tej serii zupełnie podświadomie zapamiętałam jakieś 50 słów w tym języku. Wiem, że to niewiele, ale zawsze coś. We Flandrii nawet filmy dla dzieci lecą z flamandzkimi podpisami.

Sama jestem zdziwiona, że film aż tak bardzo mi się spodobał. Zawsze miałam wrażenie, ze Hiszpanie (z chlubnym wyjątkiem ALMODOVARA) filmów nie potrafią kręcić. Ot, głupota ludzka i uprzedzenia.

Tych, którzy lubią być mile zaskoczeni zapraszam: