Category Archives: Essere felice.

Ja, Hector.

No cuż, jakieś takie dziwne czasy nastały. Te dwa człowieki, które u mnie mieszkają przez cały czas siedzą w domu. A jak już wychodzą to razem ze mną. Podobno kazała im to robić jakaś Corona.  Wprawdzie nie wiem co to jest, ale dobrze ta Corona robi. La vita e bella. To często słyszę w domu. Wprawdzie nie rozumiem co to oznacza i po jakiemu to jest, ale fajnie brzmi. Ta sama Corona kazała zamknąć psich fryzjerów i bardzo, ale to bardzo jestem jej za to wdzięczny. Naprawdę. Człowieki mówią, że zarosłem okrutnie i znowu robią mi się kołduny, ale co tam. Wyglądam nadal ślicznie.

 

Wczorajszy powrót ….

…….. z Sardynii odbył się zupełnie bezproblemowo. Dotarliśmy do domu na czas i bez żadnych korków. Po drodze odebraliśmy z hotelu Hectora, który wcale za nami nie tęsknił (mały, przebrzydły Judasz). Miał tam dobrą, fachową opiekę i towarzystwo innych psiaków. (Za taaaaką kasę mam nadzieję, że tak właśnie by było). Na samej Sardynii było świetnie. Mało ludzi, puste plaże i takie same hotele. Jedzenie i sardyńskie wino jak zawsze rewelacyjne. Cudna, słoneczna pogoda i orzeźwiający wietrzyk od morza. Odbywaliśmy długie, romantyczne spacery wzdłuż plaż, gdyż wcale, ale to wcale mnie nic nie bolało. Żyć nie umierać.
Miło i spokojnie spędziliśmy tam całe 5 dni.

Bajka, po prostu bajka.

Totalnie zapomnieliśmy o jakimś wirusie, który atakuje świat.

Jednak życie może być naprawdę piękne.
No i najważniejsze:

DOBRZE, ŻE MARZENIA SĄ ZA DARMO!

I tego będę się trzymać.

A wyglądaliśmy tak niezwykle uroczo. Jak zwykle;)

Ku pokrzepieniu…..

Mój mąż rozmawiał, w zalecanej odległości, z naszą sąsiadką. Starsza, urocza pani mówi:

– Ależ ten Hector urósł. I jest ciągle taki śliczny i grzeczny. Prawie wcale nie szczeka.

Mąż- czasami jednak szczeka jak mu się coś nie podoba lub nie dostanie tego, czego właśnie chce.

– Sąsiadka – OOO….to zupełnie tak samo jak Roger.

(Roger to sąsiadki mąż).

Freiburg znowu.

Od jutra zmywamy się na parę dni do Freiburga po raz sama nie wiem który. Jesteśmy zaproszeni do naszych przyjaciół, a konkretnie do mojej przyjaciółki jeszcze ze szkoły średniej oraz jej męża. Boże.

Jak to pięknie, że można przez tak długi czas utrzymać naprawdę fajną i głęboką przyjaźń.

„Podróżowanie uczy skromności. Widzisz, jak niewiele miejsca zajmujesz w świecie.” – Gustave Flaubert

Tschüss.

 

Ja, Hector..

Wczoraj wieczorem, podczas obiadu (podsłuchiwałem jak zawsze) usłyszałem następujące zdanie.
Dad stwierdził:

-nasz Hector, znaczy się ja, ,nie posiada żadnych dobrych…..tych…no…..(jakoś tak) manierów.


Hallo. No faktycznie nie posiadam. Mam wprawdzie różne zabawki, gryzaki, ukochany kocyk i właśnie dewastuję kolejne łóżeczko. Ale maniery? Nie, nie mam. Ale mam nadzieję, że wkrótce je dostanę. Może na Święta? I że będą nie tylko dobre, ale nawet smaczne.

Czao.

Ja, Hector.

Dzisiaj uroczyście skończyłem 1 rok mojego życia. Była wielka uroczystość, na którą przyszły zaprzyjaźnione psy, a także kilka kotków (na deser). Fajnie, ale nadal nie mam najmniejszego zamiaru przestać być rozkosznym szczeniaczkiem. Z wielką frajdą ciągle kradnę skarpetki, szaliki, papiery z kosza, a nawet kradnę majtki(!). Uwielbiam wyciągać sznurówki z butów, nawet gościom. I zupełnie nie rozumiem dlaczego nie wszyscy są zadowoleni. Super zabawa przecież. Rozpieszczany jestem okrutnie……. chociaż zawsze może być lepiej.  Quattro to jest oczywiście aronia. Lub ironia. Sam nie wiem.

OK. To tyle. Kończę i idę się pobawić małymi kotkami, które dostałem w prezencie.

Les vacances sont finies II.

Wystawiam tej Francji prawdziwą laurkę. Ale nic na to nie poradzę, że mi się tam prawie wszystko podoba. Nie podoba mi się, że odbierając telefon się nie przedstawiają tylko mówią durne „allo”. Już jako bardzo, ale  bardzo młoda dziewczyna chciałam tam mieszkać zupełnie nic o tym kraju nie wiedząc. Co mądrzejsi ludzie znacząco pukali się w głowę. Na studiach mój aktualny mąż mi obiecał, że mnie do tej Francji zawiezie i słowa dotrzymał aczkolwiek w naszych studenckich latach legalny (inny nie wchodził w rachubę) wyjazd na ten cudny zachód był bardziej science fiction niż aktualnie wylot na księżyc. Dodatkowo mąż pochodzi z niezwykle skromnej finansowo rodziny, utrzymywał się sam z renty po ojcu i ze stypendium naukowego. Cała ta sytuacja pogrążała jeszcze bardziej tę obietnicę w oparach absurdu.

Lubię atmosferę tego kraju. Lubię to jak ludzie się zachowują i jak się do siebie odnoszą, lubię także to, że są przyjaźni i rozmowni, ale nie teatralni i gadatliwi jak np. Włosi. Nie seplenią także powszechnie jak Hiszpanie co doprowadza mnie (to seplenienie znaczy się) do prawdziwej rozpaczy. Nie są głośni jak Niemcy i nie przeklinają tak powszechnie, prymitywnie i prostacko jak Polacy.

Nie muszę dodawać, że te opinie są skrajnie subiektywne i, że  nie mam żadnych dowodów na ich  udowodnienie.

Na dodatek, dopisała nam pogoda i nastroje. Nie pożarliśmy się ani razu. Nie skomentowałam wcale tego, że mąż chodził w galotach (takich ¾) i w sandałach. Koszmar. Taki strój nawet z postawnego (188m wzrostu/90 kg w faceta robi straszydło i komedianta. Co dopiero robi z tych niższych i grubszych nawet nie potrafię opisać. Do pełnego kompletu dodałabym jeszcze rozchełstaną koszulkę polo w poprzeczne paski pociągająco podkreślającą powabne brzuszysko lub ewentualnie podkoszulek jaki nosił Onslow w „Keeping up  Apeerances „ ( nie znam polskiego tytułu), a także czapkę z daszkiem założoną odwrotnie. Na szczęście tego typu szmatom mówimy  u nas zdecydowane NIE. Zignorowałam także jego komentarze, że wyglądam zbyt elegancko jak na wakacje co jest kompletną bzdurą i oznacza całkowitą ignorancję w temacie mody .

Nie publikuję żadnych zdjęć z Plevenon i z okolicy. Na Googlu są ich dziesiątki na dodatek dużo lepszych niż moje.

Chociaż może dodam jedno:

Przedstawiam naszą super pociagajacą sasiadkę.

O tym co się fatalnie spieprzyło na tych wakacjach napiszę w następnym poście. Chociaż kto mnie chociaż troszeczkę zna łatwo się domyśli o co chodzi.

Les vacances sont finies I.

Wróciliśmy do domu.

Zacznę od najważniejszego czyli od przyjemności dla ciała jaką jest oczywiście jedzenie. O kuchni francuskiej napisano setki pochlebnych elaboratów. I to wszystko prawda. Pogoda, wiatr od oceanu, słońce, lata kultywowanej tradycji oraz zamiłowanie do biesiadowania wyprodukowały to rewelacyjne żarcie Jesteśmy ciekawi i otwarci na świat, a co za tym idzie otwarci na nowe, nieznane smaki. Eksperymentuję sporo w kuchni. I chociaż w Bretanii byliśmy już po raz trzeci odkryliśmy zupełnie nową kombinację; wchodząc do restauracji mieliśmy ochotę na coś rybnego; przy sąsiednim stoliku ludzie zajadali się z wielkim apetytem. Zapytałam, co to takiego i zamówiliśmy, jak się później okazało typowe danie dla tego regionu: kiszona kapusta z kawałkami ziemniaków gotowana w winie przez co nabrała lekko słodkawego smaku. Do tego były dwa spore kawałki pysznych ryb, a mianowicie łosoś i dorada (google pisze, że to leszcz). Były jeszcze krewetki tygrysie, a wszystko zalane śmietankowym sosem. Pyszne. I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu nie przyszła by mi do głowy tak raczej dziwna kombinacja. Szkoda, że nie mogę tej potrawy przygotować dla naszych tutejszych przyjaciół. We Flandrii bowiem generalnie kapusta kiszona to śmierdzące świństwo dobre tylko dla grubych Niemców. No cóż, „co kraj to….swoista głupota”.

Francuzi to ludzie chyba najgrzeczniejsi na świecie. Mało kto się nie ukłoni pozdrawiając typowym bonjour. I chyba się nie mylę pisząc, że wprost uwielbiają psy. Nagadałam się, po francuskiemu, za wszystkie czasy i ku mojej wielkiej radości właśnie dzięki Hectorowi. Wielokrotnie słyszeliśmy pod adresem właśnie naszego psa: Comme il est beau/ joli/ mignon (dla tych co nie parlują– jaki on ladny, śliczny, czarujacy.. I chyba mogę być troszkę dumna z siebie, gdyż nie wszyscy zorientowali się, że nie jestem Francuzką. Chodziliśmy z nim na dziką plażę(na inne bowiem psy nie mają wstępu) i nie znalazłam odchodząc naprawdę żadnego papierka czy innego śmiecia i nie wdepnęłam do żadnej kupy, nie słyszałam także żadnych wrzasków czy muzyki. Na bramie obok naszego domu wisiała tabliczka;

Czyli: Mieszkam u mojego psa.

Bardzo chcieliśmy ją mieć u siebie, ale niestety nie znaleźliśmy jej nigdzie.

A propos czystości: tak w zasadzie to wszędzie było czyściusieńko i porządnie. Domy zaś ładne i zadbane. Pojeździliśmy sporo chcąc trochę zobaczyć, a także w poszukiwaniu tej biedy i tych strasznych warunków życia o których ponownie trąbią Les gilets jeunes.Bezskutecznie. Żółte kamizelki odpoczęły po wakacjach, podjadły i popiły wina i ponownie ruszyły destabilizować kraj. Ależ ten Macron ma cierpliwość!

Ceny w sklepach niestety belgijskie, ale za to w knajpach o jakieś 30% taniej. Podobnie rzecz się ma z cenami domów. Bajka.

A suivre.