Category Archives: Essere felice.

Po przebyciu……

………. prawie 2500 km wróciliśmy do domu jadąc w zimnie i w deszczu.

Przejeżdżając przez Niemcy po raz kolejny zauważyłam, iż nie jest to najpiękniejsza nacja na tym świecie.
Im dalej na wschód tym gorzej. Większe gabaryty, toporne sylwetki i nalane, nieprzyjazne twarze.

Sytuacja niestety przypomina status quo z mojego rodzinnego Górnego Śląska czy z głębokiej, angielskiej prowincji. Kto był i widział ten wie o czym piszę. Ludzie się nie mieszają i jest jak jest.
Ciekawostka: z całej mojej nawet tej bardzo rozległej rodziny tylko ja (oraz aktualnie mój siostrzeniec) nie związałam się ze Ślązakiem.

Najmłodszy członek rodziny spisał się bardzo dzielnie bez problemu zaliczając pierwszą w życiu tak długą podróż.
W hotelu w Dreźnie zaś zakochał się w męża butach.

Nie mogę wprost uwierzyć, że tyle razy przejeżdżaliśmy obok Poczdamu I nigdy się tam nie zatrzymaliśmy. Grzech prawie. Miasto jest przepiękne, urocze i historyczne. Jest naprawdę co zwiedzać i podziwiać. Poczdam na dodatek otoczony jest ładnie zagospodarowanymi jeziorami. I gdyby nie lalo pobyt byłby prawie idylliczny. Podróżowaliśmy po Poczdamie w taki właśnie sposób:

Dodam, że zwierzęta są dobrze odżywione, zadbane i co drugi dzień odpoczywają. Jestem czuła na tym punkcie więc o wszystko się szczegółowo (czyt. upierdliwie) dopytałam.

Ponieważ podróże kształcą dowiedzieliśmy się, że ten oto geniusz miał tam swoją letnią rezydencję.

Niestety dom był zamknięty i nie mogliśmy go zwiedzić czy zrobić dobrego zdjęcia.

A teraz tradycyjnie sobie pozdycham.

Ciao.


A my……

……. się zmywamy na jakiś czas.
Mąż zaproszony został na gościnne występy, a ja się załapuję jako taki przeuroczy, słodki balast.
A co?
I który facet by nie chciał?
Kaaaaaażdy by chciał. Wiem bo znam się na tym. Zamilknę więc na parę dni.
Trzymcie zdrowo i ciepło.
Ciao.

A tymczasem…..

………… leżę pod gruszą na dowolnie wybranym boku. I mam to, co na świecie najświętsze – święty spokój”.

 

                                                                             (Magada Czapińska).

 

Cudny……

……..przecudny weekend za nami.

          Lało i piździało jak w kieleckim (mam nadzieję, że nikogo nie obrażam, ale tak mówi mój, urodzony w Busku – Zdroju, mąż. Nie wyściubiliśmy nosa na dwór ani na sekundę. OK. mąż poszedł rano po gazetę do skrzynki. Hector solidarnie między nami pogrążony w błogim lenistwie. No bo skoro na zewnątrz panuje taka pogoda, że nawet psa….

                Mąż nie pracował.

Zalogowaliśmy się na sofach w salonie otoczeni książkami, prasą i zapatrzeni w serial 

Escape at Dannemora.

              Prawdziwa uczta dla miłośników Patrycji Arquette. Akurat jej specjalną zwolenniczką nie jestem (ani zresztą jej aktorskiego rodzeństwa), ale przyznaję, że gra koncertowo.

                             Zrobiłam (a robię ją raz w roku) fasolkę po bretońsku, więc nie musieliśmy nawet sporo gotować. Mam ją zresztą do dzisiaj.Danie, proste, łatwe w przygotowaniu, ale bardzo, bardzo ciężkostrawne. Dlatego jest jedzone u nas raz do roku. No i zdaje się, że z Bretanią ma tyle wspólnego ile ja z baletem. 


Spokój, cisza, ciepełko, dobre wino, dobra muzyka i my. Oraz psiak rzecz jasna.

 

Cudny. 




Bye, bye.

                Zmywam się z blogowania na jakiś czas. Najpierw lecimy do kraju i ja zostanę trochę u Mamy. Rodzicielka dożyła pięknego wieku i podczas kiedy jej rówieśniczki potrafią tylko robić na drutach, ona siedzi przez pól dnia przy komputerze. Jestem do niej fizycznie podobna więc mam nadzieję, że sprawność umysłowa także mi dopisze do późnych lat. Ale pożyjemy… .

               W domu rodzinnym będę jadła, piła i nic nie robiła;) Innej opcji niestety tam nie ma. Totalna dekadencja.

              Wracam do Belgii tylko na jeden dzień, wrzucę jedne szmaty do prania,  zabiorę inne i wyjeżdżamy, jak co roku, na tydzień do Zelandii. Zdechnę z całą pewnością, ale cieszę się bardzo. Co roku tam jedziemy i co roku mieliśmy piękną, słoneczną i ciepłą pogodę. Trzymam kciuki, że w tym roku będzie podobnie. 

Zbieżność  tych dat jest niefortunna, ale cóż decydują obowiązki męża.

                     Nasza wielka miłość do tej holenderskiej prowincji nadal i nieustannie kwitnie. Po raz kolejny z serca polecam jako ewentualny kierunek wakacyjny. Jest cisza, chroniona natura, czyste powietrze i, czasami groźne, Morze Północne. Kocham to wszystko razem i z osobna.

No to trzymcie się zdrowo.

Ciao.



Nadeszła……

………już jesień
rodzi się w moich oczach .
Króluje
przez kilka miesięcy
i odchodzi
JESTEM JAK JESIEŃ
złota ,
szczera, 
ciepła, 
zimna .
KOCHAM JESIEŃ
Kiedyś przysypie mnie
liśćmi
JESTEM JESIENIĄ…
Widzę , że przemijam

 


(Maria Jasnorzewska Pawlikowska).

 

Sardynia-il paradiso II.

                Powrót do domu był bardzo (duchowo) bolesny. Chyba do końca moich mizernych dni będę tęsknić za tym widokiem rozpościerającym się z naszego tarasu.

 

Sardynia I.

Sardynia II.

Sardynia III.

 

Prawda, że pięknie?

            Udało się tak w zasadzie wszystko i tylko pragnę zapomnieć o skandalicznym grzechu, które nazywa się nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, a kolokwialnie obżarstwem. Aktualnie powrót  do naszej codziennej diety jawi mi się jako okrucieństwo.

Teraz skupię się na moich obserwacjach, absolutnie nieobiektywnych.

              Otóż zauważyłam, że we Włoszech jest bardzo dużo starszych panów. Wyglądają jak klony; szpanują długimi, nażelowanymi (czytaj tłustymi) włosami. Mają rozpięte do pasa koszule z których wystają obrzydliwe, siwe kudły często ozdobione jakimś łańcuchem. Do tego noszą szorty i obowiązkowo klapki, którymi szurają niemiłosiernie. O okularach przeciwsłonecznych nie muszę chyba wspominać. No i bardzo kochają swoje żony nie chcąc im przeszkadzać w pracach domowych.


Sardynia IV.

 

Ora et labora?

             Nie dla wszystkich. Jak widać. Dodam tylko iż jest to widok bardzo powszechny. Ilekroć obok takiej grupki przejeżdżaliśmy słyszałam jęk zawodu i zazdrości w wykonaniu mojego męża. Nawet nasze wynajęte, maleńkie auteczko wzdychało. Podejrzewam, że Fiat Tipo jest także płci męskiej.

           RAI Istnieje tylko po włosku. Wszystko jest dubbingowane co dla mnie jest koszmarem i okradaniem aktorów z ich własnych głosów, które bardzo często są przepiękne. No i jak ci Włosi mają mówić dobrze po angielsku skoro tego angielskiego prawie wcale nie słyszą? Się tylko pytam.

La canzone italiana krytykować nawet mi się nie chce.

Podsumuję.


                 Wakacje były cudowne, ale Włochy i Włosi to nie są moje klimaty. Jestem przyzwyczajona do flamandzkiej uprzejmości i do tego, że nikt nie wyrzuca 1000 bezsensownych słów na minutę. Bez chociażby chwili zastanowienia. Język flamandzki bazuje na niskich tonach i po słuchaniu przez kilka godzin włoskiego można dostać bólu głowy.Przestrzeganie przepisów drogowych na Sardynii jest absolutną fikcją i nie wiem co robi tam tamtejsza policja. Normalny, flamandzki policjant chyba by oszalał.

Ale co kto lubi.

 
Po raz kolejny się okazało, że nie jestem fanką nacji południowych. I chyba nigdy nie byłam, ale fanką Sardynii z całą pewnością pozostanę.