Category Archives: Essere felice.

Ja, Hector.

Dzisiaj uroczyście skończyłem 1 rok mojego życia. Była wielka uroczystość, na którą przyszły zaprzyjaźnione psy, a także kilka kotków (na deser). Fajnie, ale nadal nie mam najmniejszego zamiaru przestać być rozkosznym szczeniaczkiem. Z wielką frajdą ciągle kradnę skarpetki, szaliki, papiery z kosza, a nawet kradnę majtki(!). Uwielbiam wyciągać sznurówki z butów, nawet gościom. I zupełnie nie rozumiem dlaczego nie wszyscy są zadowoleni. Super zabawa przecież. Rozpieszczany jestem okrutnie……. chociaż zawsze może być lepiej.  Quattro to jest oczywiście aronia. Lub ironia. Sam nie wiem.

OK. To tyle. Kończę i idę się pobawić małymi kotkami, które dostałem w prezencie.

Les vacances sont finies II.

Wystawiam tej Francji prawdziwą laurkę. Ale nic na to nie poradzę, że mi się tam prawie wszystko podoba. Nie podoba mi się, że odbierając telefon się nie przedstawiają tylko mówią durne „allo”. Już jako bardzo, ale  bardzo młoda dziewczyna chciałam tam mieszkać zupełnie nic o tym kraju nie wiedząc. Co mądrzejsi ludzie znacząco pukali się w głowę. Na studiach mój aktualny mąż mi obiecał, że mnie do tej Francji zawiezie i słowa dotrzymał aczkolwiek w naszych studenckich latach legalny (inny nie wchodził w rachubę) wyjazd na ten cudny zachód był bardziej science fiction niż aktualnie wylot na księżyc. Dodatkowo mąż pochodzi z niezwykle skromnej finansowo rodziny, utrzymywał się sam z renty po ojcu i ze stypendium naukowego. Cała ta sytuacja pogrążała jeszcze bardziej tę obietnicę w oparach absurdu.

Lubię atmosferę tego kraju. Lubię to jak ludzie się zachowują i jak się do siebie odnoszą, lubię także to, że są przyjaźni i rozmowni, ale nie teatralni i gadatliwi jak np. Włosi. Nie seplenią także powszechnie jak Hiszpanie co doprowadza mnie (to seplenienie znaczy się) do prawdziwej rozpaczy. Nie są głośni jak Niemcy i nie przeklinają tak powszechnie, prymitywnie i prostacko jak Polacy.

Nie muszę dodawać, że te opinie są skrajnie subiektywne i, że  nie mam żadnych dowodów na ich  udowodnienie.

Na dodatek, dopisała nam pogoda i nastroje. Nie pożarliśmy się ani razu. Nie skomentowałam wcale tego, że mąż chodził w galotach (takich ¾) i w sandałach. Koszmar. Taki strój nawet z postawnego (188m wzrostu/90 kg w faceta robi straszydło i komedianta. Co dopiero robi z tych niższych i grubszych nawet nie potrafię opisać. Do pełnego kompletu dodałabym jeszcze rozchełstaną koszulkę polo w poprzeczne paski pociągająco podkreślającą powabne brzuszysko lub ewentualnie podkoszulek jaki nosił Onslow w „Keeping up  Apeerances „ ( nie znam polskiego tytułu), a także czapkę z daszkiem założoną odwrotnie. Na szczęście tego typu szmatom mówimy  u nas zdecydowane NIE. Zignorowałam także jego komentarze, że wyglądam zbyt elegancko jak na wakacje co jest kompletną bzdurą i oznacza całkowitą ignorancję w temacie mody .

Nie publikuję żadnych zdjęć z Plevenon i z okolicy. Na Googlu są ich dziesiątki na dodatek dużo lepszych niż moje.

Chociaż może dodam jedno:

Przedstawiam naszą super pociagajacą sasiadkę.

O tym co się fatalnie spieprzyło na tych wakacjach napiszę w następnym poście. Chociaż kto mnie chociaż troszeczkę zna łatwo się domyśli o co chodzi.

Les vacances sont finies I.

Wróciliśmy do domu.

Zacznę od najważniejszego czyli od przyjemności dla ciała jaką jest oczywiście jedzenie. O kuchni francuskiej napisano setki pochlebnych elaboratów. I to wszystko prawda. Pogoda, wiatr od oceanu, słońce, lata kultywowanej tradycji oraz zamiłowanie do biesiadowania wyprodukowały to rewelacyjne żarcie Jesteśmy ciekawi i otwarci na świat, a co za tym idzie otwarci na nowe, nieznane smaki. Eksperymentuję sporo w kuchni. I chociaż w Bretanii byliśmy już po raz trzeci odkryliśmy zupełnie nową kombinację; wchodząc do restauracji mieliśmy ochotę na coś rybnego; przy sąsiednim stoliku ludzie zajadali się z wielkim apetytem. Zapytałam, co to takiego i zamówiliśmy, jak się później okazało typowe danie dla tego regionu: kiszona kapusta z kawałkami ziemniaków gotowana w winie przez co nabrała lekko słodkawego smaku. Do tego były dwa spore kawałki pysznych ryb, a mianowicie łosoś i dorada (google pisze, że to leszcz). Były jeszcze krewetki tygrysie, a wszystko zalane śmietankowym sosem. Pyszne. I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu nie przyszła by mi do głowy tak raczej dziwna kombinacja. Szkoda, że nie mogę tej potrawy przygotować dla naszych tutejszych przyjaciół. We Flandrii bowiem generalnie kapusta kiszona to śmierdzące świństwo dobre tylko dla grubych Niemców. No cóż, „co kraj to….swoista głupota”.

Francuzi to ludzie chyba najgrzeczniejsi na świecie. Mało kto się nie ukłoni pozdrawiając typowym bonjour. I chyba się nie mylę pisząc, że wprost uwielbiają psy. Nagadałam się, po francuskiemu, za wszystkie czasy i ku mojej wielkiej radości właśnie dzięki Hectorowi. Wielokrotnie słyszeliśmy pod adresem właśnie naszego psa: Comme il est beau/ joli/ mignon (dla tych co nie parlują– jaki on ladny, śliczny, czarujacy.. I chyba mogę być troszkę dumna z siebie, gdyż nie wszyscy zorientowali się, że nie jestem Francuzką. Chodziliśmy z nim na dziką plażę(na inne bowiem psy nie mają wstępu) i nie znalazłam odchodząc naprawdę żadnego papierka czy innego śmiecia i nie wdepnęłam do żadnej kupy, nie słyszałam także żadnych wrzasków czy muzyki. Na bramie obok naszego domu wisiała tabliczka;

Czyli: Mieszkam u mojego psa.

Bardzo chcieliśmy ją mieć u siebie, ale niestety nie znaleźliśmy jej nigdzie.

A propos czystości: tak w zasadzie to wszędzie było czyściusieńko i porządnie. Domy zaś ładne i zadbane. Pojeździliśmy sporo chcąc trochę zobaczyć, a także w poszukiwaniu tej biedy i tych strasznych warunków życia o których ponownie trąbią Les gilets jeunes.Bezskutecznie. Żółte kamizelki odpoczęły po wakacjach, podjadły i popiły wina i ponownie ruszyły destabilizować kraj. Ależ ten Macron ma cierpliwość!

Ceny w sklepach niestety belgijskie, ale za to w knajpach o jakieś 30% taniej. Podobnie rzecz się ma z cenami domów. Bajka.

A suivre.

Les vacances…..

………w końcu nadchodzą. Wyruszamy w czwartek, zgodnie z naszą wieloletnią tradycją, jak co drugi rok, do ukochanej przez nas, Francji. Konkretnie do Bretanii i oczywiście nad Atlantyk.
Szanując naszą alergię na kurorty, zbiegowiska, tłumy i hałas wynajęliśmy dom w Plevenon. (Słabo widoczna wieś zaznaczona na czerwono).

Tak więc do napisania za jakieś 3 tygodnie.

Obowiązująca zasada wakacyjna zawsze ta sama: nic nie trzeba, wszystko wolno.

Trzymcie się zdrowo i ciepło.

Au revoir.




Bliźniaki……

……..08.08.2019. przyszły na świat:

To drugie narodziny Pandy w walońskim Pari Daiza ogrodzie zoologicznym. W naturze bliźniaki raczej nie przeżyją, gdyż mama jest w stanie zaopiekować się tylko jednym potomkiem. W ogrodzie zamieniają więc dzieci co 24 h. Kiedy jedno jest u mamy drugie leży sobie w inkubatorze. I tak w kółko.

Trzymam więc kciuki aby się powiodło tym małym koszmarkom.
I to jest naprawdę piękne czytać, chociażby czasami, o takich fajnych, pozytywnych wydarzeniach.
Oby więcej takich historii, gdyż jak tak dalej pójdzie to za jakiś czas będziemy mogli oglądać te cudne zwierzaki tylko w sklepie z zabawkami.

Ja, Hector.

Właśnie skończyłem 9 miesięcy, ale to wcale nie oznacza, że mam zamiar dorosnąć. Nadal jestem szczeniaczkiem ślicznym i rozkosznym. I podobno rozbrykanym. Jestem także niezwykle uroczy i nie cierpię fałszywej skromności. Pochodzę z arystokracji. Moi przodkowie Lhasa apso mieszkali w Tybecie w zamkach i klasztorach….a ja….no cóż mieszkam tam gdzie mieszkam. Chociaż nie mogę narzekać. Mummy i Daddy Bardzo o mnie dbają, ale to nie znaczy, że nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie.

  1. D. prawie codziennie gdzieś wychodzi na prawie cały dzień. I zupełnie nie wiem po co? Przecież nam tutaj naprawdę niczego nie brakuje. Zdecydowanie wolałbym, aby Daddy leżał na sofie, a ja na nim.
  2. Czasami zostaję zupełnie sam w domu. Kiedy M. i D. wyjeżdżają to robię taką (udawaną) zbolałą minę, ale kiedy auto znika z pola mojego widzenia to dopiero zaczyna się dziać. Nieustannie uczę ich porządku. Bo czy miejsce manicurea (trudne słowo dla szczeniaczka) jest na stole? NIE. Albo czy koszyk z serwetkami powinien tam stać? NIE. Koszyk był podobno bardzo ładny. Kiedyś. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia (nie posiadam smartphona, ale mam nadzieję otrzymać go w prezencie jak skończę roczek) jak ja go przepięknie upiększyłem.
  3. No i wtedy sypiam na sofach. No bo gdzie ma pies rasy Lhasa apso niby spać? Wprawdzie mam dwa łóżeczka, jedno czerwone i jedno niebieskie…ale co z tego? Kiedyś miałem jeszcze łóżeczko szare. Nie pasowało ono jednak kolorystycznie do mojej sierści więc je rozszarpałem bezlitośnie. A co? M. i D. jeszcze nie wiedzą, ale niebieski kolor także powoli przestaje mi się podobać. Pożyjemy ….i coś tam (zbyt trudne dla szczeniaczka).
  4. M. i D. próbują mnie czesać. Czesać? CZESAĆ? Ale po co? Jestem piękny bez tego czesania i wszystkim szczotkom tego świata zdecydowanie mówię NIE, NIE i jeszcze raz NIE.
  5. No i na dodatek próbują mnie kapać (lub kompać?). No łapy opadają. Czy ci ludzie naprawdę nie maja nic innego do roboty? Halo?
  6. I jeszcze podobno psią fryzjerkę doprowadziłem prawie do rozpaczy. Nie mam pojęcia dlaczego? Zachowywałem się przecież całkiem normalnie. Historyczka jakaś.
  7.  No i już nawet nie wspominam, że codziennie muszę tak strasznie ciężko pracować:

I proszę niech to ktoś gdzieś zadenuncjuje.

To chyba tyle.
Do napisania.

P.S.
No i przysięgam, że jeżeli jeszcze raz zaprowadzą mnie w takie miejsce gdzie w poczekalni czekały inne psy (ale ani jeden taki ładny jak ja) i (tfu….) koty to się od nich wyprowadzam.

Eskapady.

Cisza i spokój zagościły z powrotem w moim domu.
Goście odjechali, a ja odchorowałam porządnie moje eskapady. Tak jest niestety zawsze.

U Mamy. Było nawet fajnie, ale męcząco. Dla Niej pewnie także. W moim domu rodzinnym wszystko jest postawione na głowie, ale jak widać wszystkim to jakoś tam odpowiada, a ja walczę ze sobą, aby zbytnio nie komentować….ale proste to nie jest. Na szczęście po dwóch dniach pobytu skończyły się w Rybniku upały .

I tak:

Mama nie może spać w nocy. Moje tłumaczenie, że jak ktoś śpi przez kilka godzin po południu to ewidentnie nie śpi w nocy zdaje się absolutnie na nic.

Siostra wstaje około 4 nad ranem i ogląda swoje seriale. Jaki to ma sens?
Ano żadnego. Moim zdaniem.

 Z kolei jej mąż nie je niczego przez cały dzień. Je tylko troszeczkę (np. dwa jajka i kawałek sera) w nocy. Pije tylko i wyłącznie kawę i pali papierosy. Przez naprawdę cały dzień. Jest wprawdzie chudy jak anorektyk, ale nie choruje na nic poważnego. I co? Palenie szkodzi?????

Podczas mojego pobytu przeżył dwie traumatyczne chwile: kiedy przyleciałam zmuszono go do zjedzenia wspólnego obiadu, a na zakończenie ja zaprosiłam WSZYSTKICH do restauracji. Nie miał biedak wyjścia; ( i zachował się prawdziwie bohatersko; wypił wino, piwo i zjadł flaczki.

Ja tego nie potrafię zrozumieć, ale całkiem możliwe, że to właśnie za mną jest coś nie tego.

Podróż z i do Polski odbyła się bez najmniejszych problemów i super punktualnie, lot prawie pustym samolotem to jest najprawdziwsza w świecie bajka. Piękne lotnisko w Krakowie pęka w szwach i chyba potrzebna jest modernizacja. Ponownie.

No i na sam koniec, z wrodzonej skromności, załączam tylko jedno zdjęcie mojego rodzinnego domu.

Lecę…..

……….na 10(sic!) dni do Mamy.

Obawiam się, że to być może trochę za długo. Cieszę się, że pobędę z Nią, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z upływającego czasu.

A to nie koniecznie działa na naszą korzyść. Odpuściłam dom rodzinny w wieku 18 lat. Przeprowadziłam się 10 razy. Zmieniłam, dla ukochanego człowieka, kraj. Dla niego zamieszkałam bym, gdyby była taka potrzeba, nawet w piekle. Przeżyłam 27 operacji….itd. itp. i bla, bla, bla. To wszystko jakoś mnie ukształtowało i stworzyło postać, którą aktualnie jestem. Mama ma na swoim koncie także sporo pozytywnych i negatywnych zdarzeń. Obie sporą cześć dnia jesteśmy same i to ma duży wpływ na nasze zachowania. Ot, takie popularne, ale istotne, wolność Tomku w swoim domku. Z wyjątkiem weekendów do godz. 19.00. z totalną dowolnością decyduję sama co, kiedy i jak robić. Lub nie robić. Te wszystkie osbowościowe plusy dodatnie i plusy ujemne miedzy innymi z tego się rodzą.

Ale bognna bądź dobrej myśli. I bardzo, ale to bardzo proszę wszystkie moce tego świata o cierpliwość i wyrozumiałość dla rodzicielki.

Po powrocie do Belgii będziemy mieli przez tydzień gości.
Kiedy więc ponownie odzdechnę i ponownie dojdę do siebie to coś napiszę.

Ciao.


Po przebyciu……

………. prawie 2500 km wróciliśmy do domu jadąc w zimnie i w deszczu.

Przejeżdżając przez Niemcy po raz kolejny zauważyłam, iż nie jest to najpiękniejsza nacja na tym świecie.
Im dalej na wschód tym gorzej. Większe gabaryty, toporne sylwetki i nalane, nieprzyjazne twarze.

Sytuacja niestety przypomina status quo z mojego rodzinnego Górnego Śląska czy z głębokiej, angielskiej prowincji. Kto był i widział ten wie o czym piszę. Ludzie się nie mieszają i jest jak jest.
Ciekawostka: z całej mojej nawet tej bardzo rozległej rodziny tylko ja (oraz aktualnie mój siostrzeniec) nie związałam się ze Ślązakiem.

Najmłodszy członek rodziny spisał się bardzo dzielnie bez problemu zaliczając pierwszą w życiu tak długą podróż.
W hotelu w Dreźnie zaś zakochał się w męża butach.

Nie mogę wprost uwierzyć, że tyle razy przejeżdżaliśmy obok Poczdamu I nigdy się tam nie zatrzymaliśmy. Grzech prawie. Miasto jest przepiękne, urocze i historyczne. Jest naprawdę co zwiedzać i podziwiać. Poczdam na dodatek otoczony jest ładnie zagospodarowanymi jeziorami. I gdyby nie lalo pobyt byłby prawie idylliczny. Podróżowaliśmy po Poczdamie w taki właśnie sposób:

Dodam, że zwierzęta są dobrze odżywione, zadbane i co drugi dzień odpoczywają. Jestem czuła na tym punkcie więc o wszystko się szczegółowo (czyt. upierdliwie) dopytałam.

Ponieważ podróże kształcą dowiedzieliśmy się, że ten oto geniusz miał tam swoją letnią rezydencję.

Niestety dom był zamknięty i nie mogliśmy go zwiedzić czy zrobić dobrego zdjęcia.

A teraz tradycyjnie sobie pozdycham.

Ciao.