Category Archives: Sens egzystencji.

Potęga miłości.

Smutek w rodzinie męża i także u nas. Dwa tygodnie temu zmarł mąż jego siostry. Jeszcze do polowy marca funkcjonował całkiem normalnie. W tymże marcu straszny ból kręgosłupa spowodował, że wylądował w szpitalu. Po wszelkich badaniach okazało się, że prawie wszystkie organy wewnętrzne wraz z kręgosłupem właśnie zostały pożarte przez raka. Dokładnie 4 miesiące później już nie żył.
Cudu prawie dokonała Jego żona Marianna. W stanie praktycznie agonalnym sprowadziła Go do domu zapewniając Mu tam opiekę paliatywną. Edward zmarł, pomimo końskich dawek morfiny, w cierpieniach, ale we własnym łóżku i w otoczeniu kobiet, które bardzo kochał: żony i córki. Ot, co znaczy potęga miłości. Chapeau bas.

Céline Dion – The Power Of Love (Official Video) – YouTube

Jeszcze tylko…..

……. lub aż dokładnie 20 dni do naszego wyjazdu na wakacje. Już w lutym wynajęliśmy dom w Normandii prawie nad samym oceanem. Kocham morze, wiatr od morza i spacery po plaży.
W lutym Covid był jakimś tam wirusem w dalekich Chinach.
A teraz z bojaźnią patrzę jak Francja z zielonego koloru zmienia się na pomarańczowy. Wzrasta nieuchronnie liczba zakażonych i we Francji, i w Belgii. Co będzie za te 20 dni?

Pojęcia nie mam.

Uciekły nam w tym roku już dwa zagraniczne wyjazdy; jeden na Sardynię i następny do Polski. Szlag mnie trafi jeżeli ten kolejny tak oczekiwany wyjazd, będziemy musieli także skasować.

Naprawdę marzę o tym, aby zmienić kraj, otoczenie i ludzi. Marzę by odetchnąć świeżym, morskim powietrzem i spróbować chociaż przez 2 tygodnie myśleć o czymś innym i robić coś innego niż zwykle.

Ale….no właśnie to cholerne ALE.

Ot, zagwozdka.

Członek rodziny mojego męża leży aktualnie w szpitalu. Opieka, jak sam twierdzi, nie jest zła, aczkolwiek bez chociażby jednego słowa pocieszenia czy empatii, jedzenie paskudne (no, ale to jest jakby oczywiste podczas pobytu w szpitalu), ale najbardziej doskwiera mu brak możliwości odwiedzin ze strony rodziny. Z wiadomego powodu zresztą.
Mąż zapytał go wczoraj przez telefon czy bardzo się nudzi i czy ma wystarczającą ilość rzeczy do czytania. Na przykład książki, gazety, czasopisma czy jakiś na ten przykład kindle?

Pacjent odpowiedział:
Nie, nie mam niczego do czytania no bo tak właściwie to po co?

Właśnie.

Wie może ktoś?

Ja pojęcia żadnego, ani nawet tego zielonego nie mam.

Nadzieja.

Jest.

Powoli, ale jednak otwierają się granice pomiędzy krajami. Nasze zabukowane wakacje na przełomie sierpnia i września prawdopodobnie dojdą więc do skutku. Z naciskiem na prawdopodobnie.
Mam naprawdę dosyć tego prostego, trywialnego życia. Tych rozmów o selerze w zupie (raz za dużo, raz za mało, nigdy w sam raz) i o tym, kiedy znowu będziemy sprzątać. Większych wydarzeń nie zaobserwowałam.

I tak na szczęście mamy ogródek, TV, Netfix, Internet, książki, a także e-ticket do Filharmonii Berlińskiej. Mamy także (dzięki mężowi) co jeść i co pić. Ale…… serce boli wspominając „stare” życie. Nie wychodzimy nigdzie. Ani do restauracji, ani do znajomych, ani do kina, ani na koncert. Nigdzie. Nikt nas nie zaprasza ani my nikogo nie gościmy. To jest, że powtórzę, za mistrzynią „erzac cholera nie życie”. Nie potrafię sobie wyobrazić ludzi, którzy się nie kochają lub chociażby trochę lubią i żyją w lockdown na np. 45m kw. Tragedia. Zycie, to prawdziwe, stanęło w miejscu. W tym całym zdarzeniu najszczęśliwszy jest psiak, gdyż spaceruje kilka razy dziennie i praktycznie nigdy nie jest sam.  Cały czas martwię się o mamę, ale jak do tej pory jest dobrze. Siostra i cała jej rodzina ściśle przestrzegają narzuconych zasad. Wiem jednak, że ostatnie doniesienia z województwa Śląskiego są niewesołe. No i dzięki ci współczesna technologio za SKYPE 😊

Noszenie maseczek próbuję przerobić na zabawę dopasowując ich kolor do koloru ubrania.

Całkiem fajnie to wygląda;(

Mój mąż ochotniczo i z ochotą właśnie wrócił do pracy chociaż nadal może pracować z domu. Wcale, ale to wcale mu się nie dziwię. Gdybym mogła pracować zrobiłabym dokładnie tak samo. To co jest korzystne (a jednak jest coś takiego) to bardzo, ale to bardzo pozytywny wygląd naszego konta bankowego co jest oczywiście skutkiem siedzenia w domu.

Patrzę na naszych sąsiadów. Wielu z nich to emeryci w bardzo zaawansowanym już wieku. W ciągu ostatnich miesięcy większości przybyło kilka lat. Postarzeli się, poszarzeli i jakoś zmarkotnieli. Nawet ci niezwykle rozmowni machają tylko ręką na powitanie i odchodzą. Kluby seniorów nadal zamknięte. A trzeba przyznać, że działają one tutaj prężnie i znakomicie oferując oprócz jedzenia i picia (jak to we Flandrii) całą gamę zajęć. Od fitnessu do kursów komputerowych i językowych. Wycieczki i spotkania okazjonalne. Jedni sąsiedzi należą do chodziarzy. Piękne hobby połączone z nauką. Jeszcze inni partycypują w Uniwersytecie trzeciego wieku. Jeden z sąsiadów jest wolontariuszem w tutejszej szkole, gdzie stara się naprawiać praktycznie wszystko. Jego żona udziela się w domu opieki. ETC….. .

Tego wszystkiego, a także kontaktów z rodzinami i przyjaciółmi nagle zabrakło.

Izolacja sprawia, że coraz bardziej nie chce się żyć i coraz bardziej chce się nie żyć.

Pieski cz. II.

No i niestety miałam rację. Fajnie byłoby powiedzieć „a nie mówiłam?”

Ale fajnie nie jest. Jest tylko smutno. Jestem zła i wściekła. Zawiedziona naszym pseudoludzkim zachowaniem.

Niektóre schroniska dla zwierząt chwilowo wprawdzie, ale całkowicie, wstrzymały adopcje psów. Zdarza się, że ludzie nawet nie ukrywają tego, że chcą sobie wziąć psiaka na jakiś czas. Ot tak dla zabawy i dla zabicia czasu, gdyż nagle maja go za dużo. Kiedy zaś „ta cała sytuacja wróci do normy”. Przyniosą go w powrotem.
Tak po prostu.

Oddadzą go z powrotem. A co, nie wolno?

I kto im zabroni? No kto?

Kulinaria.

A co? Nie tylko Anna może pisać o jedzeniu. Ja też chcę;))))

W naszych planach na 2020 mieliśmy (a może ciągle jednak je mamy?) nastepujące wyjazdy zagraniczne:

– na początku roku wizyta we Freiburgu u przyjaciół

– na przełomie marca i kwietnia 5 dniowy pobyt na Sardynii

 od jurta 10 dniowa wizyta w Polsce

– -na przełomie sierpnia i września ma się ziścić dwutygodniowy wyjazd do Normandii

– tradycyjnie na początku listopada coroczne, tygodniowe wakacje w Zelandii.

Brzmi nieźle, prawda?

Jak do tej pory udał na się tylko Freiburg.

A ja zamiast się aktualnie pakować to śnię o tych śląskich, wołowych roladach z kluskami. Do tego modro kapusta z boczkiem, a wszystko polane tłustym, gęstym (takim co to łyżka w nim stoi) sosem. Pycha i dużo, dużo kalorii. Do tego podane zimne piwo lub czerwone, ciężkie wino. Wszystko bardzo, bardzo pachnące i smaczne. Kucharką  jestem niezłą, ale tego smaku nie potrafię wyczarować.
Gastronomiczny orgazm przygotowany przez mamę i siostrę.

W jeden wieczór my zapraszamy wszystkich (7 sztuk+my) do restauracji, która się nazywa „Taaaka ryba” i serwuje ryby świeżuteńkie z własnej hodowli. Smak dań i poziom obsługi są absolutnie rewelacyjne i bez zarzutu.

W następnym domu, u siostry męża, pierogi ruskie jakich świat nie widział z boczkiem lub z gęstą śmietaną. Kiedyś robiła je zawsze teściowa. OMG. Dzień później gołąbki tak pyszne, że nigdy nawet nie odważyłam się ich imitować. Na dodatek siostra piecze takie ciasta, że wszystkie nasze odmowe zakazy i restrykcje biorą w łeb.

Się rozmarzyłam….. . Ach, ach….. .

Szlag by to trafił. I tę Coronę przy okazji także.

Sąsiedzi…..

……lub somsiedzi jak wielokrotnie w Polsce słyszałam. Mieszkamy bardzo blisko siebie. Nasze domy dzieli jakieś 10 m. Jak to w Belgii i w Holandii.

Starsi Państwo, oboje na emeryturach oraz oboje sporo po 80….. .
Wykształceni i, co zawsze ogromnie podziwiam, dystyngowani oraz eleganccy. Dyskretni, ale pomocni jak trzeba. Zatopieni w książkach i w muzyce. Światowi, sporo w życiu zwiedzili i zobaczyli. Spotykamy się od czasu do czasu na wspólnych obiadach.

Mieszkamy obok siebie od wielu, wielu lat (prawie 20) bez najmniejszego konfliktu ani o miedzę, ani o żaden spadający listek, ani o jakiekolwiek inne głupoty.

Wg. mnie sąsiedzi wprost idealni.

Toteż serce na moment przestało mi bić kiedy kilkanaście dni temu zobaczyłam pod ich domem pogotowie i wysiadających z niego kosmitów. Corona. Ta cholerna CORONA. Oboje zarażeni i zabrani do szpitala. „Jakby co” to mamy numer telefonu do ich córki. Oboje stchórzyliśmy i po prostu baliśmy się do niej zdzwonić. Po dyskusji padło na mnie jako na tę bardziej elokwentną (czyt. pyskatą). I w tym momencie, jak na zamówienie, dzwoni córka sąsiadów. Tak, oboje rodzice są zarażeni wirusem, w ciężkim, ale stabilnym stanie. Przybywają razem w jednym pokoju. Przez moment przyłapałam się na, być może głupiej myśli, że jak umierać to razem.
Oddychają, jak na razie, samodzielnie. CZEKAĆ. Tylko i wylacznie czekać. Kobieta mówiła bardzo rzeczowo i spokojnie co jest wynikiem być może tego, że sama jest wirologiem.

Wielka, wielka radość dopadła nas wczoraj.
Oboje wrócili do domu. Przeżyli, ale są w poważnym stanie i w całkowitej kwarantannie. W tym momencie, nagle, oboje chcieliśmy do nich dzwonić.

I pomyśleć, że dopiero dzisiaj zdobyłam się odwagę, aby o tym napisać.

“Największe złodziejstwo to okraść kogoś z nadziei.” ( Z netu)

Wizyta kontrolna….

…….w szpitalu przebiegła dzisiaj wprost rewelacyjnie. Krótka, klarowna i to the point. Nie musiałam wcale bezsensownie czekać w szpitalnej, małej i zwykle zatłoczonej, poczekalni. W Belgii panuje dziwaczny jak dla mnie zwyczaj, że do lekarza chodzi się zwyczajowo parami. Do tej pory nie odkryłam po co to komu i dlaczego. Jako dorosła i „normalna” powiedzmy umysłowo osoba wszystko załatwiam sobie sama bez pomocy męża. Na dodatek nie musiałam wcale tłuc się aż dwoma autobusami chociaż od szpitala mieszkam jakieś niecałe 5 km. Niestety niefortunnie nie mam bezpośredniego połączenia. Wszystko poszło sprawnie, szybko i bezstresowo.

No bajka.

Nie muszę również dodawać, że wizyta odbyła się zaocznie, bo przez telefon. Krew i siki zaś zbada nasz lekarz domowy. Nie można by tak zawsze robić? Piszę rzecz jasna o wizytach stricte standardowych podczas których, jak w moim przypadku, niepotrzebne jest jakieś specyficzne badanie.

Same korzyści, brak kolejek do szpitala, a recepty przyjdą sobie pocztą.

Pozdrowienia z Alcatraz.

To oznacza, że sama z własnej i nieprzymuszonej woli poddaję się kwarantannie. Przez kolejne 10 dni nie spotkam się z nikim, ani nie opuszczę mojego domu. Wszystko odwołałam, włącznie z sobotnią wizytą u nas gości. Przynajmniej nie muszę przez kilka godzin jutro stać w kuchni. Zwariuję? Pewnie tak. Czas pokaże. Ale chyba tak właśnie trzeba postąpić.

I wiem, że mogę, a nawet powinnam się „czymś” zająć, czytać książki, oglądać TV, sprzątać lub zacząć uczyć się chińskiego. Problem polega na tym, że ja to wszystko mogę robić tak w zasadzie prawie zawsze. Nie jest to więc dla mnie absolutnie żadna atrakcja. Prowadzenie domu dla dwojga osób i dla małego psiaka to nie jest przecież jakaś katorżnicza praca i przy dobrej organizacji można sobie wygospodarować sporo wolnego czasu.

Na dodatek, przez najbliższe dni, mój mąż ma nakaz pracy w domu. I to z pewnością jest atrakcja. Lub utrudnienie, jak kto woli. Hector zaś będzie w 7 niebie.

Tak mi przyszło do głowy, że skoro Justin Trudeau musi również przebywać w odosobnieniu to zechciałby mi potowarzyszyć?

Uważam, że jest to naprawdę świetny pomysł.

 

Trzymcie się zdrowo z daleka od wirusa.

 

P.S.
Chyba poszukam na Netfixie jakiegoś 100- odcinkowego serialu;(