Category Archives: Sens egzystencji.

Prośba.

„Co z oczu to z serca” –mawiają Flamandowie.

Niestety jest to prawdą, o czym przekonuję się coraz częściej. Mam telefon stacjonarny, GSM, WhatsAppa, Skype, maila, komputer i laptop. Nawet mam skrzynkę pocztową na „normalne” listy. Jeżeli to wszystko nie wystarcza to mogę jeszcze kupić gołębia pocztowego. I co z tego?

Ano nic. Może ktoś przypomni mojej rodzinie, że ja naprawdę ciągle jeszcze żyję. Nawet nadal oddycham. I mam się jak się mam.

Może ktoś przypomni??????

Proszę. Bardzo proszę.

“Dobrze mieć brata, bratową, bratanicę – zwłaszcza gdy wszyscy wyjadą za granicę.”  

     (Przysłowie afrykańskie).

A w Holandii….

…….jak to w Holandii. Było świetnie.


Szerokie, pustawe plaże, łagodny wiatr od morza, dużo słońca i +15°. Ani jednej kropli deszczu. Czegóż można chcieć więcej na przełomie października i listopada? Niczegóż. I kto to mówi, że ocieplenie klimatu jest takie  złe ? (ha,ha)


Wiele osób spacerowało BEZ kurtek. Ale uczciwie dodam, że sposób ubierania się w tej części Europy znacząco różni się od sposobu ubierania w Polsce, gdzie, jak dla mnie, ludzie wyglądają jakby mieszkali na Syberii.

Mam różny stosunek do różnych krajów. I o ile w takiej np. Francji jestem ślepo zakochana, to Holandię i jej mieszkańców po prostu bardzo szanuję.


Za co?


– za mądre, rozsądne i rozumne zarzadzanie krajem. Publiczna kasa jest bardzo rozważnie wydawana, drogi są świetne, parkingi czyste i dobrze wyposażone (o czym w Belgii można tylko pomarzyć). Duża liczba PUSTYCH miejsc do pakowania dla niepełnosprawnych.

– za to jak odgarnięto żywioł zwany morzem. W kraju, gdzie spora jego cześć znajduje się poniżej poziomu morza nie jest to zadnie łatwe ani finansowo, ani inżyniersko. Ale oni podołali; powszechne przysłowie, że to „Pan Bóg stworzył świat, ale Holendrzy stworzyli Holandię” jest jak najbardziej adekwatne.

– za to jak potrafili ochronić wybrzeże przed deweloperami i przed samowolą budowlaną. Jest pięknie i cicho. Spokojnie, naturalnie i relaksująco.


– za humanizm, za stosunek do uchodźców i za pomoc tym ostatnim.

– za powszechnie obowiązujący styl życia. Holandia to bogaty, rozwinięty i doskonale prosperujący, pod wieloma względami, kraj. Ludzie zaś żyją, mieszkają i wyglądają bardzo, ale to bardzo skromnie. Bogactwo niektórych jest oczywiste, ale jakby skrzętnie ukryte. Naprawdę bardzo mi się podoba i doceniam taki modus vivendi.


– za respektowanie wolności jednostki przez duże „W”.

– za odseparowanie religii od państwa i trzymanie wiary tam gdzie powinna być. Czyli w kruchcie i w prywatnych domach. Warto byłoby wziąć przykład np. w Polsce.

– za bezgraniczne zaufanie do turystów. Dom wyjęliśmy nie płacąc żadnej kaucji. Karta do drzwi wejściowych przyszła do domu i na koniec nikt niczego ani nie sprawdzał, ani nie skontrolował.

Laurka? Być może. Ale ja właśnie tak postrzegam Holandię.

ZEELAND.

Daaaaag:)

Jak (nie) kochać……

Nadchodzi jesień. Jest to moja ukochana pora roku pod warunkiem, że nie leje i nie wieje tragicznie. Właśnie. Uważam, że świat jesienny jest przepiękny. Szkoda, ze my ludzie również nie piękniejemy na starość; są wprawdzie wyjątki (Helen Mirren, Jane Fonda, Nancy Pelosi czy Pierce Brosnan) ale są to dokładnie jak napisałam wyjątki….. . A szkoda.

I celowo koncentruję się na wyglądzie. Przecież to co kilka razy dziennie widzimy w lustrze jest ważne i ma spory wpływ na nasze samopoczucie i samoocenę. Czasami słyszę, że nie wygląd jest istotny, ale to o jest „w środku”. Naprawdę? Uważam, że żeby do tego środka chcieć dotrzeć coś nas przecież w człowieku musi zainspirować. Od czegoś przecież trzeba zacząć.

“Wygląd to nie wszystko, ale jednak stanowi pewną część tego “wszystkiego“. ( Z netu).

“Jak nie kochać jesieni…

Jak nie kochać jesieni, jej babiego lata,

Liści niesionych wiatrem, w rytm deszczu tańczących.

Ptaków, co przed podróżą na drzewach usiadły,

Czekając na swych braci, za morze lecących.

Jak nie kochać jesieni, jej barw purpurowych,

Szarych, żółtych, czerwonych, srebrnych, szczerozłotych.

Gdy białą mgłą otuli zachodzący księżyc,

Kojąc w twym słabym sercu, codzienne zgryzoty.

Jak nie kochać jesieni, smutnej, zatroskanej,

Pełnej tęsknoty za tym, co już nie powróci.

Chryzantemy pobieli, dla tych, których nie ma.

Szronem łąki maluje, ukoi, zasmuci.

Jak nie kochać jesieni, siostry listopada,

Tego, co królowanie blaskiem świec rozpocznie.

I w swoim majestacie uczy nas pokory.

Bez słowa na cmentarze wzywa nas corocznie”.

(Tadeusz Wywrocki).

P.S.

Jestem zodiakalną Wagą (niedawno miałam urodziny). Stąd te lustrzane dywagacje.

Les vacances et moi.

Wszystko byłoby pięknie na wakacjach….gdyby nie ja, bognna. Byłoby cudnie gdybym mogła pojechać na nie bez mojego ciała. Tylko do cholery jak to zrobić?

Okolica przepiękna, pogoda rewelacyjna 24- 25°, dom śliczny i wygodny. Całkiem fajny mężczyzna u boku i najpiękniejszy pies w Belgii ( nie odważę się napisać „na świecie”, gdyż czytają to inne psie mamy). Ale ad rem. Na samym początku miałam zapalenie pęcherza. Kto miał to wie jak to zmienia życie w koszmar. Kto nie miał to niech idzie na kolanach najpierw do Częstochowy, potem do Lourdes i na koniec do Santiago do Compostela w podzięce; bolało jak szlag. Żegnajcie miedzy innymi upojne, wakacyjne noce i inne przyjemności. Pożarłam 2 kg antybiotyku (zawsze mam przy sobie) i się polepszyło.

Ale szczęście nie trwało długo. Przedobrzyłam z chodzeniem (pomimo ostrzeżeń podobno rządniejszych od siebie) i wysiadł mi kręgosłup. Cudownie.Przeleżałam 2 dni bez ruchu w towarzystwie „THE MUPPET SHOW” czyli w towarzystwie brytyjskiego parlamentu.
Ale to wcale nie koniec. Trzy dni przed wyjazdem do domu, jak codziennie, chciałam wziąć prysznic, ale wchodząc do wanny poślizgłam się i potłukłam okrutnie. Na szczęście niczego nie złamałam.
No i taka potłuczona jechałam do domu. Cale 700km. Skutki tego upadku odczuwam zresztą do dzisiaj.
No i to chyba tyle a propos naszych super wakacji.

Listonosz.

Męża nie było przez 10 dni. Dużo za dużo jak dla mnie.
Nie byłam sama, ale byłam samotna. Poumawiałam się, pozapraszałam, poodwiedzałam. Miałam co czytać i co oglądać. Jako zapalona miłośniczka tenisa obejrzałam sporo meczy na „Rolland Garros”. Wygrał, niestety, Nadal. Miałam także dobrze zaopatrzoną lodówkę. Żyć nie umierać.

Miałam wszystko co potrzebne, a jednak……. . Czułam się bardzo samotna.

W nocy słyszałam każdy szmer, każdy hałas i każde skrzypnięcie.

Podczas jednej nocy rozszalał się tutaj sztorm, a w mojej głowie szalały różne fragmenty horrorów dziejących się dokładnie podczas takiej pogody. A niech to.

Z zemsty na nieobecnym kupiłam sobie parę szmat. Zupełnie, ale to zupełnie niepotrzebnie. A co, niech ma. Dobrze mu tak!

Efekt? Żałosny. Mąż nie zauważył, że występuję w nowej bluzce na cześć jego przylotu do domu.

Oczywista oczywistość przestała być taka oczywista, a zorganizowane i strukturalne życie przestało nim być.

Zniknęła gdzieś chęć do robienia czegokolwiek. Ot, witaj prosty i nieskomplikowany żywocie zgodny z zasadą “go with the flow”.


Nie tylko ja czułam się osamotniona. Super kinetyczny i nadzwyczaj wesoły psiak przez pierwsze dni leżał smutny na wycieraczce pod drzwiami. Na dodatek, ponieważ Hector (jak do tej pory) nie zna się na markach samochodów, reagował entuzjastycznie na widok każdego auta. Śmieszny, ale także smutny i chwytający za serce widok.

Samotności, jakaś ty przeludniona”! (S.J.Lec) No właśnie.

P.S.
Czasami naprawdę żałuję, że się nie związałam na ten przykład z listonoszem. Byłby wcześnie w domu i z całą pewnością nie latałby na ten przykład do Chin.

Esencjalna esencja.

„Mamy coraz większe domy, ale coraz mniejsze rodziny.
Więcej możliwości, lecz mniej czasu.
Mamy więcej tytułów, lecz mniej rozsądku.
Więcej wiedzy, lecz mniej zdrowej oceny sytuacji .
Mamy więcej specjalistów, lecz i więcej problemów.
Więcej leków, lecz mniej zdrowia.
Mnożymy własne majątki, okradamy własne wartości.
Mówimy za dużo, kochamy za mało.
Uczymy się jak zarabiać na życie, a nie uczymy się żyć.
Mamy stabilne budowle, lecz kruche charaktery.
Coraz szersze autostrady, lecz coraz węższe poglądy.
Przebywamy drogę na Księżyc i z powrotem, lecz mamy problem przejść na druga stronę ulicy, by poznać nowego sąsiada.
Tworzymy coraz więcej komputerów, przechowujemy coraz więcej informacji, lecz komunikujemy się coraz mniej, mniej i mniej.
To czas szybkiego jedzenia, wolnego trawienia.
Wielkich mężczyzn i kobiet, a małych charakterów.
Czas większej ilości pracy, a mniejszy czas zabawy.
Większej ilości rożnych posiłków, a mniej wartości i witamin i minerałów.
Czas kiedy mamy mnóstwo w oknie, a mało w pokoju.

A przyczyną każdego cierpienia jest ignorancja. Niewiedza. Ludzie ranią innych w samolubnej, egoistycznej pogoni za własnym zadowoleniem.” – XIV Dalajlama – wg. Dalai Lamy

Let`s go…….



Nowe miejsce do pisania…. .

Jednak się rożni od “Bloxa” i przestawnie się na nieznane, inne zasady zajmie mi jednak trochę czasu. Podobno przyzwyczajenie to druga natura człowieka. A może nawet pierwsza? Kto wie?
Ale OK. Look at the bright side of life.

Próbuję więc oswoić niewiadomą platformę jak tylko się da. Próbuję także nie cierpieć okrutnie przy tym i (za bardzo) nie przeklinać. Są w końcu gorsze sprawy na tym świecie

„Po­mimo ty­lu możli­wych dróg my zaw­sze wy­biera­my tą, do której ciągnie nas przyzwyczajenie”. (Z netu).

Jadą goście….

….. jadą. Na co się przydadzą? Ano zobaczymy.


Wiążąc się z kimś „na dobre i na złe” w posagu dostajemy jego rodzinę. To może być całkiem fajne, ale niekoniecznie.


                       Przylatują jutro trzy dorosłe sztuki z Polski do nas. I owszem, tak zwani porządni ludzie, ale mega, mega zaściankowi. Całe lato grzebią w ogródku i obserwują godzinami i namiętnie swoich sąsiadów. Nieustannie analizują ich zachowanie i (durne  of course) zwyczaje. Całymi dniami żyją życiem innych ludzi. Zimą mogli by trochę pogrzebać w głowach…ale nie. Rytm i sens życia wyznacza prawie zawsze włączony telewizor. Od rana do nocy. Oszalałabym.

                   Na wakacje zagraniczne i owszem jeżdżą. Na miejscu są bowiem prowadzeni za rękę przez rezydentów, ale wspomnienia i tak generalnie dotyczą tego jaka była woda w hotelowym basenie (za ciepła/za zimna),jedzenia (dobre/niedobre) i piwa chociaż powszechnie wiadomo na całym świecie, że i tak „Żywiec” jest najlepszy. Uważam więc za bezsensowne zakupienie przez męża hektolitrów, btw znakomitego, piwa belgijskiego. Powszechnie wiadomo przecież…. .

                No i jak ich rozpiera duma z własnej pomysłowości i sprytu, kiedy zamiast iść zwiedzać kolejne ruiny uciekli do baru. A ta głupia baba (czytaj przewodniczka) niczego nie zauważyła.

               Filmów nie oglądają, książek nie czytają, a wysłanie maila jest sporym wyzwaniem. I nawet nie próbuj próbować umówić się z nimi na SKYPE. Mieszkają przy drodze prowadzącej do miejscowego kościoła. Niedzielne, upojne poranki spędzają więc przy oknie bacznie śledząc co, kto i kim przyszedł i ewentualnie co se kupił nowego do ubrania. I to jest tzw. Fakt autentyczny. Sama to widziałam i słyszałam. Niestety.  

             No i uchowaj Panie Boże gdyby mieli się gdzieś odezwać po zagranicznemu. Mają czas, maja kasę i gdyby się tylko chciało chcieć ruszyć szare komórki.

Ostatni weekend spędziłam zatem w kuchni i mogę powiedzieć, że jestem prawie gotowa. Przygotowałam całkiem sporo, całkiem dobrych rzeczy do jedzenia. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale czy cokolwiek zdoła przebić schabowego? Wątpię.


Ale jest jak jest. I will do my best.

Do napisania więc za jakiś czas.

Ciao.