Archiwum dnia: 15 września, 2008

Przeczytane.

               Przeczytałam książkę „A thousand splendid suns” (nie znam dokładnego tłumaczenia na polski), której autorem jest Khaled Hosseini, tak ten sam od „The Kite Runner”. A propos: nakręcony film (myślę tutaj o „The Kite Runner”) jest całkiem dobry i cieszę się, ze tym razem nie schrzaniono dzieła literackiego. Staram się jak mogę czytać książki i oglądać filmy w wersjach oryginalnych, nie ich tłumaczenia czy o zgrozo (!) dubbingi. Potrzeba do tego jednak pewnej znajomości języków obcych, a te posiadam i to nawet udokumentowane dyplomami dzięki…….. o paradoksie, chorowaniu. Uprzedzam też lojalnie, że moje zapiski są wielojęzyczne. A co mi tam! Wspomniana wyżej książka leżakowała jakiś czas na półce i dojrzewała sobie spokojnie do czytania. Moim zdaniem nie jest to jakaś wielka literatura, ale sama opowieść bardzo wciąga opisując przy tym dokładnie życie i przemiany zachodzące w Afganistanie. Krytycy napisali: „Yet love can move the person to act in unexpected ways, lead them to overcome the most daunting obstacles with a startling heroism. In the end it is love that triumphs over death and destruction”. Święte słowa, proszę państwa. Czyż nie do tego nieustannie dążymy? Sama bohaterka jest dla mnie postacią naprawdę heroiczną, a jej wiedza przed samym ślubem o np. relacjach damsko-meskich przyprawia o zawał. Posłużę się cytatem: „Nana had told her what husbands did to their wives. It was the thought of these intimacies in particular, which she imagines as painful act of perversity, that filled her with dread and made her break out in a sweat”. No cóż, nic dodać. Ja natomiast oblewam się zimnym potem, kiedy pomyślę, ze mogłam na ten przykład urodzić się w Afganistanie, na dodatek urodzić się tam jako kobieta i do tego chora. A do czytania naprawdę z czystym sumieniem zachęcam!