Wróciliśmy z kilkudniowego pobytu w Schwarzwaldzie; Ty miałeś ważny meeting, ja pojechałam jako osoba towarzysząco– interesująco- przeszkadzająca. Już sama podroż do Freiburga prowadząca przez belgijskie Ardeny i Luxemburg jest pełna uroku. Piękne widoki, góry i pagórki, drzewa pełne, cudownych o tej porze, kolorowych liści. Osobiście uważam jesień, a dokładnie jej moment kiedy liście jeszcze się trzymają drzew, za najpiękniejszą porę roku.
Wielka szkoda, że to samo określenie tak rzadko można odnieść do jesieni życia…. . Podroż zdecydowanie uprzyjemnia bezdyskusyjna jakość niemieckich dróg. Freiburg znam dobrze i miasto to nieustannie mi się podoba. Już samo to, że uniwersyteckie, a więc nieco inny wygląd, atmosfera, priorytety, chociaż centrum zadziwiająco puste po 22. Jeden dzień mając tylko dla siebie, wykorzystałam na zakupy. Pełno jest w sklepach rzeczy w moim ulubionym „less is more” stylu, ale biorąc pod uwagę panujący obecnie kryzys ekonomiczny, kupiłam tylko jedną. Jedzenie w restauracjach, chociaż mało jak na mój gust wyrafinowane, jest smaczne i olbrzymie, a obsługa grzeczna profesjonalna i uprzejma.
Czy ktoś mógłby to przekazać wiecznie nadąsanym
polskim kelnerom?
Tanio. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na lunch w naprawdę uroczym Baden-Baden, a na nocleg w Koblenz. Miasto to ,położone wśród winnic, zadziwia mnie spokojem, czystością, kolorystyką pięknych winnic i chociaż nie jesteśmy miłośnikami lokalnego wina postanawiamy wspomagać gospodarkę wypijając jednak trochę. Ale uwaga: tutaj plują na ludzi!
Jednym słowem wycieczka udała się nam przednio. Ucieczka znacznie, znacznie mniej, gdyż pomimo zastosowania różnorodnych trików choroba, franca jedna, pojechała razem z nami.