Nigdy, a w zasadzie od dziecka nie lubiłam prac ogrodowych.
Owszem lubię podziwiać ogrody, ale absolutnie nie cierpię w nich pracować. Wypływa to z kilku, myślę, czynników:
– traumatyczne pod tym względem dzieciństwo ( w moim rodzinnym domu zwykle zmuszano mnie do porządków ogrodowych i bardzo, ale to BARDZO zazdrościłam moim koleżankom z mieszkań najzwyklejszego, nie ukrywajmy, lenistwa)
– nie posiadam tzw. „green fingers” , a więc
zwyczajnie nie czuję bluesa
– jestem osobą ciężko chorą fizycznie
– nie znoszę mieć brudnych rąk i ziemi za paznokciami
– czuję pewien rodzaj obrzydzenia do wszelakiego rodzaju robactwa
Ogród jednak posiadamy i coś trzeba w nim robić. Chętnie grzebie w ziemi mój mąż, ale on ma niestety czas na to tylko sporadycznie. Jesteśmy dumni z tegorocznego sukcesu; ogród jest taki jaki chcieliśmy aby był, kontrolowanie zapuszczony, troszkę tajemniczy i jesienny. Jest też indywidualny i całkowicie przez nas stworzony i wymyślony.
Zawsze chciałam, aby mój ogród w "jakiś sposób" przypominał wiersz najukochańszej z poetek.

"Już jesień
rodzi się w moich oczach.
Króluje
przez kilka
miesięcy 
i odchodzi.
JESTEM JESTEM złota,
JAK
JESIEŃ
złota,
szczera
ciepła
zimna.
KOCHAM JESIEŃ 
Kiedyś przysypie mnie liśćmi
JESTEM JESIENIĄ….
Widzę, że przemijam”.
Ogrody są bowiem rożne w rożnych krajach: od totalnej, wolnej amerykanki w np. Francji, Włoszech czy Polsce do pewnego ascetyzmu w krajach skandynawskich, Anglii, Niemczech i w Belgii. W tych ostatnich pada często i zieleń jest naprawdę zielona i "umyta". Widziałam przepięknie utrzymane ogrody w Chicago i Los Angeles czy prawie zupełnie wypalone w Denver. Rzadko są one wytworami własnej wyobraźni, często zaś trendów czy mody.
To jest w zasadzie taki sobie malutki wpis po tytułem „mała rzecz, a cieszy”.