Archiwum dnia: 28 listopada, 2008

La tristesse.

                             Znaczy smutek. Dla mnie nie tylko smutek, ale także rozpacz. Znowu zły dzień, a jeszcze gorsza noc. Jakieś 2 godziny snu. To jest beznadziejnie, cholernie mało. Świdrujący ból przeszywa całe ciało. Gorączka okropnie osłabia organizm. 17 dni do 17 operacji. To nawet ładnie brzmi.

 „Wszystkie próby oddalenia

 tak zwanego kielicha goryczy-

przez refleksję

opętańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów

głęboki oddech

religię-

zawiodły

należy zgodzić się

pochylić łagodnie głowę

nie załamywać rąk

posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie

jak protezą

bez fałszywego wstydu

ale także bez pychy”.

(To Z.Herbert).

Jak i gdzie znaleźć siły do dalszego życia?

Czasami myślę, a w zasadzie, to po co?

Są jednak chwile dla których naprawdę warto?

Na szczęście są ludzie, dla których warto. Walka z wyniszczającą choroba pochłania prawie cała moją energię. Zostaje naprawdę mało sił na inne rzeczy, na inne sprawy i dla innych, drogich mi ludzi. Chcąc nie chcąc zawsze muszę być w centrum zainteresowania, a styl i rym naszego życia musi być prawie całkowicie mi poświęcony.Taki rodzaj nieszczęsnego, wyrafinowanego egoizmu, za który się serdecznie nienawidzę. Nie ma jednak innej rady. Szczęście w nieszczęściu: jest ktoś taki, kto nie narzeka. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak potrafiłabym przechodzić przez to wszystko bez wsparcia, bez pomocnej dłoni, gestu, słów i tego wszystkiego, co na co dzień tak szczodrze otrzymuję.

Ilu jest takich cichych bohaterów, zapominających o własnym egoizmie dla innego człowieka?

Czy jest to jakiś wymiar człowieczeństwa?

Człowieczeństwa absolutnie niewymierzalnego. Parafrazując: nieszczęście w szczęściu. Altruizm będący chyba podstawą miłości.Altruizm, za który tak bardzo podziwiam i naprawdę sama nie wiem czy byłabym do niego zdolna. Ludzie nienawidzą się i rozstają z błahych często powodów. Z braku sił i motywacji do wspólnej walki, z bezsilności, z bezradności i z rozpaczy.

Jako osoba relatywnie dobrze wykształcona (tak przynajmniej lubię o sobie myśleć), biegle i swobodnie 5-języczna, ideologicznie wyemancypowana, cierpię dodatkowo: żyję mianowicie na czyjś koszt. I nie jest to problem kwestii finansowej, a czysto psychologicznej.

Niekonwencjonalny związek wymaga niekonwencjonalnych postaw ludzkich, silnych i twardych charakterów i wielkiego serca. Pod tym względem mi się udało.