Archiwum dnia: 19 stycznia, 2009

Solden.

                         Solden, czyli jak łatwo się można domyślić, wyprzedaż. Nie muszę się uczyć, mogę więc biegać po sklepach, chociaż słowo „biegać” w kontekście mojego zdrowia brzmi komicznie lub raczej tragikomicznie. Ale ad rem. We Flandrii przeceny są naprawdę super. Można się obkupić na kolejne kilka miesięcy(co np.praktykuje mój mąż) i potem wcale nie zaglądać już do sklepów. Ruch w nich jest spory. W tanich sieciach jak np. C&A, Promod, Zara czy niezawodny Esprit wprost katastrofa. W C&A miałam wrażenie, że jestem w Turcji lub Maroku, a dominującym językiem w Belgii jest arabski. W droższych sklepach w miarę normalnie, a w takim Hugo Boss prawie pustki. Niestety w tym roku, z powodu operacji, nie byłam przygotowana do soldów odpowiednio strategicznie tzn. nie miałam z góry upatrzonych i co ważne (!) przymierzonych szmat do kupienia. Musiałam więc stracić nieco więcej czasu, energii i cierpliwości. Ale co tam! Nie samym Seneką, poezją i operą człowiek żyje. Moje polowanie zakończyło się więc sukcesem: nakupowałam sporo i według mojej prywatnej logiki zaoszczędziłam 375 euro. Z czego, rzecz jasna, jestem dumna niebywale. Dla ścisłości: żadna, ale to absolutnie żadna z nowych rzeczy nie jest mi potrzebna. No chyba, że do szczęścia. Ćwicząc siłę charakteru, oparłam się kilku pokusom i to w moim wrażliwym temacie torebek, szalików i apaszek. 

                            La vita bywa czasami bella!

                        Generalnie należy być ostrożnym i nie oceniać zasobności flamandzkich portfeli po wyglądzie ich właścicieli. Tutaj nie trzeba się jakoś specjalnie stroić, a epatowanie ciuchami, samochodami czy możliwościami finansowymi jest niemile widziane i jakby nie na miejscu. Bardzo często bardzo bogaci ludzie chodzą skromnie i zwyczajnie ubrani preferując wygodę i komfort. Coś tak na modłę krajów skandynawskich. Bez polotu i bez rafinerii, której, szczerze mówiąc, czasami jednak troszkę mi brakuje. Oczywiście generalizuję i banalizuję całe zagadnienie gdyż nie jest to sprawa istotna, godna większej uwagi. Powiedzenie „jak cię widzą, tak cię piszą” nie ma racji bytu, a fotografowanie się (mieszkając w baraku) na tle np. plazmy na rożnych portalach raczej mniej popularne. Jest to pewnego rodzaju przeciwieństwo stylu bycia i życia innych nacji gdzie „show off” jest chlebem powszednim i istotnym wyznacznikiem pozycji społecznej. Wiem, co mówię, ponieważ jestem relatywnie często z tymi „problemami” konfrontowana. Osobiście cieszę się, że tutaj jest dokładnie właśnie tak.

                                    Cała ta dzisiejsza pisanina to takie w zasadzie pierdoły, ale dają jakiś obraz danego społeczeństwa i chyba trochę do myślenia np. socjologom.