Opéra Royal de Wallonie już tutaj gościła, ale tym razem obejrzeliśmy „La Taviata” ( czyli „zabłąkana” po polsku) operę do której muzykę napisał Giuseppe Verdi. Piękna, wzruszająca i smutna historia z 1853 roku. I pomyśleć, że pierwsze jej wykonanie w Wenecji okazało się fiaskiem i skandalem, publiczność bowiem, jeszcze wtedy, nie przywykła do oglądania kurtyzan na scenie. Wspaniałe wykonanie! I prawie trzy godziny przeniesienia się w inny świat, w inne problemy i w inną rzeczywistość. Na dodatek odczuwałam niejaki związek duchowy z główną bohaterką. Nie to żebym zaraz była kurtyzaną, ale obie jesteśmy bardzo chore. Muzyka, muzyka i jeszcze raz wprost rewelacyjna muzyka. Chwila wytchnienia, odpoczynku oraz zapomnienia o własnym, mizernym życiu.
A w sobotę wizyta u przyjaciół na obiedzie. Jak zwykle super wprost żarcie. Ach ci Flamandowie! Nie dość, że chyba są tu najlepsze restauracje na świecie to jeszcze w wielu prywatnych domach prawie sami mistrzowie kuchni. Naprawdę.
Takie „carpe diem” na moją skalę.