Znowu zaliczyłam pobyt w moim ulubionym miejscu tzn. na pogotowiu. Ruch, zamieszanie, masa chorych ludzi. Wydawało mi się, że nagle wszyscy, ale to dokładnie wszyscy zaczęli chorować. Podziwiam szczerze pracujących tam ludzi. Mili, grzeczni, opanowani i kompetentni. A pacjenci wiadomo rożni. Ludzie w stresie reagują w przeróżny i w nie zawsze przewidywalny sposób. Ktoś jednak panuje nad tą pozorną jednak anarchią. Chapeau bas!
A ja leżę sobie w wyizolowanym miejscu podłączona do kroplówek. Szczelnie osłonięta zasłonkami. Tylko ja i ona. Lub raczej ona i ja, moja choroba. Jest bardzo, bardzo cicho, a lekarstwo zaczyna działać. Czuję się cudownie. Naprawdę. Na dodatek dyżurujący chirurg jest absolutnie wart grzechu.
Wreszcie przestało mnie boleć.
Chciałabym tutaj pozostać na zawsze.