No właśnie. Gdyby nie “plastyczna” operacja mojego brzucha wałęsałbym się aktualnie po Nowym Jorku.
Zaplanowaliśmy tę podroż już wiele, wiele miesięcy temu i, do jasnej cholery, musiałam odwołać. Mój mąż pojechał sam. I to nie dlatego, że mu się tak podobało tylko dlatego, że musiał lecieć w celach służbowych. Często korzystamy z tej opcji: on jedzie, bo zwyczajnie musi, a jadę przeszkadzać (głównie). Wyjazdy takie mają dodatkowo całkiem miły walor finansowy, a mianowicie płacimy tylko za jeden bilet. Sytuację troszeczkę osładza fakt, że je już tam byłam i co nieco widziałam, ale zawsze żal d*** ściska. New York jest miastem zadziwiającym i fascynującym. Bez żadnej przesady. Do dzisiaj pamiętam nocne, piątkowe wyjście "na miasto”. „ A place to be”. Mieszanina z całego świata w jednym miejscu. Cudowna atmosfera oraz orgia barw, świateł i kolorów. Chodziliśmy zauroczeni. I ten dumny jak paw i chętnie pozujący do zdjęcia policjant.
NYPD of course.

Dzień się budzi. Niedługo lądujemy w Brukseli.

A teraz nic z tego. Znowu coś zawaliłam. Znowu z czegoś się nie wywiązałam. Znowu z czegoś musiałam zrezygnować. Znowu, znowu i znowu. Sytuacja taka kiedyś doprowadzi mnie do obłędu. Jeżeli już nie doprowadziła. Boże, jak trudno czasami być mną i ze mną. Mój niewiarygodny mąż wszystko rozumie i wszystko wybacza. Jedyne co musiał zrobić to skrócić pobyt ograniczając go do niezbędnych czterech dni. Jutro na szczęście wraca.
Gdybym tylko ja potrafiła także rozumieć i sobie wybaczać.