Archiwum dnia: 14 Maj, 2009

Bye,bye New York.

No właśnie. Gdyby nie “plastyczna” operacja mojego brzucha wałęsałbym się aktualnie po Nowym Jorku.

 

Zaplanowaliśmy tę podroż już wiele, wiele miesięcy temu i, do jasnej cholery, musiałam odwołać. Mój mąż pojechał sam. I to nie dlatego, że mu się tak podobało tylko dlatego, że musiał lecieć w celach służbowych. Często korzystamy z tej opcji: on jedzie, bo zwyczajnie musi, a jadę przeszkadzać (głównie). Wyjazdy takie mają dodatkowo całkiem miły walor finansowy, a mianowicie płacimy tylko za jeden bilet. Sytuację troszeczkę osładza fakt, że je już tam byłam i co nieco widziałam, ale zawsze żal d*** ściska. New York jest miastem zadziwiającym i fascynującym. Bez żadnej przesady. Do dzisiaj pamiętam nocne, piątkowe wyjście   "na miasto”. „ A place to be”. Mieszanina z całego świata w jednym miejscu. Cudowna atmosfera oraz orgia barw, świateł i kolorów. Chodziliśmy zauroczeni. I ten dumny jak paw i chętnie pozujący do zdjęcia policjant.

NYPD of course.

          NYPD.

 Dzień się budzi. Niedługo lądujemy w Brukseli.

         Dzien.

 

        A teraz nic z tego. Znowu coś zawaliłam. Znowu z czegoś się nie wywiązałam. Znowu z czegoś musiałam zrezygnować. Znowu, znowu i znowu. Sytuacja taka kiedyś doprowadzi mnie do obłędu. Jeżeli już nie doprowadziła. Boże, jak trudno czasami być mną i ze mną. Mój niewiarygodny mąż wszystko rozumie i wszystko wybacza. Jedyne co musiał zrobić to skrócić pobyt ograniczając go do niezbędnych czterech dni. Jutro na szczęście wraca.

                 Gdybym tylko ja potrafiła także rozumieć i sobie wybaczać.