Archiwum dnia: 25 Maj, 2009

Granica.

 

                       No właśnie, gdzie się znajduje granica ludzkiej wytrzymałości na ból, cierpienie, nieszczęście?

 Kto ustala, kiedy można ją samemu przekroczyć np. przestając się leczyć?

 Na ile wolno, uwalniając siebie od siebie, ranić tych którzy kochają, pomagają, troszczą się, martwią i wspierają?

Kto i kiedy może powiedzieć „stop”? Kto i kiedy zrozumie i uszanuje taką decyzję? I czy tak ogólnie ma to jakieś znaczenie?

                Zazdroszczę ludziom wierzącym. Tyle razy szukałam pocieszenia w religii  ale zawsze, niestety, bezskutecznie. Dla nich sprawa jest oczywista: wszystko w rękach Boga. Ale co mają zrobić tacy jak ja?  I czy ktoś musi to rozumieć i akceptować?

 

“bo dla księdza – proszę księdza – to jest wszystko takie proste

 

  Pan Bóg stworzył muchę żeby ptaszek miał co jeść

 

Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na kościół

 

Prosta ręka – prosta ryba – prosta sieć

 

 

 Może tak należy mówić ludziom cichym ufającym

 

Obiecywać – deszcze łaski – światło – cud

 

Lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni

Bądźmy szczerzy – to jest także boży lud”     (Z. Herbert).

 

                 Nawet mój przewodnik duchowy Seneka mnie nie wspiera pisząc: „Quid enim est novi hominen mori, cuius tota vita nihil aluid quam ad mortem iter est?” Co się tłumaczy jako: „ Cóż w tym niezwykłego, że umiera człowiek, którego całe życie nie jest niczym innym jak tylko drogą ku śmierci?”