No właśnie, gdzie się znajduje granica ludzkiej wytrzymałości na ból, cierpienie, nieszczęście?
Kto ustala, kiedy można ją samemu przekroczyć np. przestając się leczyć?
Na ile wolno, uwalniając siebie od siebie, ranić tych którzy kochają, pomagają, troszczą się, martwią i wspierają?
Kto i kiedy może powiedzieć „stop”? Kto i kiedy zrozumie i uszanuje taką decyzję? I czy tak ogólnie ma to jakieś znaczenie?
Zazdroszczę ludziom wierzącym. Tyle razy szukałam pocieszenia w religii ale zawsze, niestety, bezskutecznie. Dla nich sprawa jest oczywista: wszystko w rękach Boga. Ale co mają zrobić tacy jak ja? I czy ktoś musi to rozumieć i akceptować?
“bo dla księdza – proszę księdza – to jest wszystko takie proste
Pan Bóg stworzył muchę żeby ptaszek miał co jeść
Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na kościół
Prosta ręka – prosta ryba – prosta sieć
Może tak należy mówić ludziom cichym ufającym
Obiecywać – deszcze łaski – światło – cud
Lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni
Bądźmy szczerzy – to jest także boży lud” (Z. Herbert).
Nawet mój przewodnik duchowy Seneka mnie nie wspiera pisząc: „Quid enim est novi hominen mori, cuius tota vita nihil aluid quam ad mortem iter est?” Co się tłumaczy jako: „ Cóż w tym niezwykłego, że umiera człowiek, którego całe życie nie jest niczym innym jak tylko drogą ku śmierci?”