Właśnie odleciała. Spędziłyśmy ze sobą 10 dni, co nie jest takie łatwe i oczywiste, kiedy się od wielu, wielu lat nie mieszka razem.Cały czas żyję z pewnym (niestety nie jedynym) kompleksem, ja ją zawiodłam będąc chora. Może to i niedorzeczne i zdaję sobie naturalnie sprawę, że swojego cierpienia sama sobie nie wybrałam, ale tak niestety jest. Dla wszelkiej jasności: moja mama NIGDY czegoś takiego nie dała mi odczuć. Nigdy przenigdy. Ale myśli takie szatańskie rodzą się chętnie i często w mojej głowie.
Ale było bardzo fajnie.
Jest kobietą nietuzinkową. Nie to, że wypominam jej wiek (a jest już prababcią), ale ma nowego laptopa, serfuje po necie, wysyła kartki elektroniczne na urodziny, śle sms-y szybciej ode mnie, robi zdjęcia GSM…… itd. Fascynujące, biorąc pod uwagę fakt jak wiele osób ZNACZNIE od niej młodszych, z jakiegoś powodu, boi się komputera. Jest inteligentna, oczytana i postępowa, chociaż całe życie mieszka w małym, zapyziałym, polskim miasteczku. A tam, wiadomo, o mohery chyba najłatwiej.
O matkach powstało wiele grafomańskich wierszy, a mnie się podoba to, co stworzył Z. Herbert:
„Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał w pośpiechu i uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych pochyłościach, czasami piął się pod górę. Przychodził splątany i milczał. Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.
Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto”.
Wszystkiego dobrego, Mamo.