Archiwum dnia: 7 grudnia, 2009

Rogier van der Weyden.

                               Bardzo fajny i miły weekend. Niedzielne popołudnie spędziliśmy w nowootwartym u nas muzeum o wdzięcznej nazwie „M”. Sporo muzeów już w życiu zwiedziłam, od Nowego Yorku po różne mniej lub bardziej znane muzea europejskie, a więc mam jako taką skalę porównawczą. Budynek nie jest duży, ale bardzo, bardzo piękny. Oryginalnie architektonicznie zaprojektowany. Ciekawie i niekonwencjonalnie, a bez wydziwiania. Osobiście naprawdę bardzo lubię muzea. Można bowiem na cały dzień przenieść się do innego świata, do innej rzeczywistości, innych realiów i zapomnieć chociaż na chwilę o dniu dzisiejszym. Koneserem malarstwa niestety nie jestem, ale podziwiam szczerze niektórych artystów.

                              A propos samej wystawy: Rogier van der Weyden należy do czołowych przedstawicieli tzw. Vlaamse Primitieven. Uprawiał głównie malarstwo religijne, a jego zasługą to wprowadzenie elementów emocji do scen religijnych. Co ciekawe był uznanym malarzem także w trakcie swojego życia, a jak powszechnie widomo niewielu twórców to spotyka. Niektórzy biedowali i cierpieli nędzę, gdy aktualnie ich dzieła kosztują miliony. I co im z tego. Ano nic. Taki Vincent Van Gogh nie przymierzając. Wrażenie? No cóż, ten typ malarstwa, to nie jest my cup of tea, ale w sumie ciekawa i interesująca ekspozycja. Co sprawia, że ludzie ciągle, tłumnie chodzą oglądać dzieła człowieka, który już od ponad 600 lat nie żyje? Jest w końcu na świecie tylu innych malarzy. Według mojej skromnej opinii lepszych od niego. Ale ja się nie znam.

                               Generalnie naprawdę warto było. Niestety cafetaria, jak na flamandzkie warunki jest beznadziejna; brudna, byle jaka, a wybor dań naprawdę minimalistyczny. A szkoda, gdyż chcielismy połączyć coś miłego dla ciała z czymś miłym dla duszy. Lub odwrotnie.

                                A teraz proza życia. Mój mąż właśnie leci do Bostonu, a więc samotność, jak zawsze, da mi się nieźle we znaki. Postanowiłam jednak za bardzo tym razem nie wydziwiać i nie smucić się. Czy mi się uda?

                               Pewno nie. Jakby co, to piwniczka z winem jest gotowa do niesienia mi niezbędnej pomocy.