Na dworze +12 stopni, a wszędzie wiszą Mikołaje oraz ozdoby świąteczne. Jakoś nie gra to jedno z drugim. Za żadną cholerę. I pomyśleć, że są CIĄGLE ludzie, którzy ocieplenie klimatu uważają za fanaberię!
Muzyczka „ jingle bells” po raz chyba setny leci w radiu, tym razem dopasowana do sprzedaży majonezu.
Brzuch w nocy bolał mnie wprost tragicznie. Spałam jakieś 3 godziny.
Nasz 80-letni sąsiad wyglądający jak „dead man walking” bezskutecznie czeka na śmierć, aby dołączyć do swojej ukochanej żony.
W sklepach tłumy poszukujące prezentów, które się już w styczniu zwyczajnie wyrzuci. Albo podaruje w przyszłym roku komuś innemu.
Mój mąż zapracowany i zajęty do granic możliwości.
Moja mieszkająca w Polsce mama już uległa typowej, głupiej i niepotrzebnej panice świątecznych przygotowań.
Setki tysięcy karpi, gęsi i indyków czeka na śmierć w imię jakiś tradycji. Nikt im nie okaże tak powszechnego podobno, chrześcijańskiego miłosierdzia i egzekucja jest nieodwołalna.
W autobusie spotkałam grubego, spasionego Mikołaja, który wręczył mi speculosa.
W Iraku znowu 50, 60, 80 ofiar śmiertelnych. Who cares?
Za chwilę pojawi się u mnie nasz lekarz domowy, aby dać mi cotygodniowy zastrzyk, po którym będzie strasznie chciało mi się wymiotować.
W radiu, telewizji, gazetach w spotach reklamowych nagle wszystko jest prawie gratis.
Słowo „promocja” nabrało prawie filozoficznej głębi.
Normalni z pozoru faceci chodzą po mieście w czapkach mikołajowych i wcale się nie przejmują, że wyglądają po prostu żałośnie.
Wszyscy zgodnie marzą o The White Christmas, ale jak tutaj spadną 2 milimetry śniegu, ulegają powszechnej paranoi, paraliżując niemalże cały kraj.
Och życie… .