Roczne archiwa: 2009

Czarnowidztwo.

                                 Coraz smutniej robi się w telewizyjnych wiadomościach. Nic innego jak kryzys, zwolnienia i bankructwa. Inne, pozytywne wieści są tak znikome, że nawet trudno je zauważyć. Belgia, ekonomicznie, należy do jednych z najbardziej zglobalizowanuch krajów świata, stad podatność na wahania w ekonomii jest tutaj ogromna. Wielkie do tej pory i bogate korporacje zaczynają swe oszczędności rzecz jasna od zagranicy. Codziennie pracę traci kilkaset osób, głównie robotników.

                                Belgijski przemysł, jako taki, praktycznie nie istnieje. Ostatnia ostoja „Fortis” bank praktycznie zbankrutowała i zostały chyba jedynie………. pralinki. Pralinki są absolutnie fantastyczne i niezwykle smaczne, ale to chyba trochę za mało jak na jedyną wizytówkę kraju. Nawet największy browar na świecie „InBev”, dotychczasowa absolutna duma belgijska, znajduje się w tej chwili w brazylijskich rękach. Żal d*** ściska!

 

                               I co z tego, że kryzys osobiście mnie nie dotyka. Szczęście w nieszczęściu moi najbliżsi związani są z nauką i medycyną, a jak wiadomo, nawet w kryzysie ludzie chorują. Aczkolwiek jedna z naszych przyjaciółek, malarka, już boleśnie odczuła „finansowy brak zainteresowania”, że się tak wyrażę, swoją sztuką, a badania naukowe są, rzecz jasna, bardzo zależne od koniunktury. Wszystko więc kwestią czasu. Money, money, money…. .

                         „Money turns the world around” śpiewała niezapomniana L. Minnelli w równie niezapomnianym „Cabaret”, a my podskakujemy jak pajace i kukiełki w rytm możnych i bogatych tego świata, a wesoły i do niedawna beztroski taniec konsumpcyjny zmienił się w „danse macabre”. O decydentów tego świata nie musimy jednak się wcale martwić. Dyrektor upadłego banku ( wspomniany "Fortis" )otrzymał bowiem na otarcie łez 4 MILIONY (!) euro odprawy. A wszystko absolutnie zgodnie z prawem.  

                            Nie trudno chyba sobie wyobrazić co zwalniani ludzie muszą przeżywać! Szacuje się, że za jednym zwolnionym pracownikiem „stoi” (czyli jest na utrzymaniu około 3 osób). Każdy więc pojedynczy dramat trzeba mnożyć razy 3.

 

                                        Mnie osobiście intryguje jedank co innego: gdzie do tej pory przebywali wszyscy ekonomiści? Teraz, kiedy jest za późno, mądrzyć się potrafi się każdy. Nawet ja, która o ekonomii nie ma prawie żadnego pojęcia.

                                      Co robili wszyscy szanowni profesorowie ekonomii do tej pory?

                                   Dlaczego nikt nie uderzał na alarm?

                                  Być może kryzys był nie do uniknięcia, ale przewidziany, byłby na mniejszą skalę?

Komplikacje.

                              No niestety wskutek tzw. komplikacji pooperacyjnych mam w piątek nową operację.

Brak mi słów.

                            Nie potrafię nawet określić mojego stanu emocjonalnego w tej chwili. Po prostu płaczę i płaczę, ale to niewiele mi pomaga.

                               Powoli, acz nieuchronnie, zbliżam się chyba do poziomu psychicznego zwanego paranoją.

                              Zawsze jest nadzieja, że się w końcu NIE obudzę z narkozy.  

Sidi Larbi.

                        Cudowny odpoczynek w niedzielne popołudnie w Antwerpii. Piękne, uspokajające przedstawienie, połączenie baletu z kung –fu. A wszystko w wykonaniu mnichów z dalekich Chin. Na dodatek kompozytorem muzyki jest Polak, Szymon Brzózka. Przeniesienie w daleki, nieznany mi przecież świat zakonu w Shaolin. Próba przedstawienia w sposób teatralno-baletowy ich sposobu na życie i bogatej filozofii.

                      Jednym słowem: fascynujące.

 Więcej, więcej takich chwil, takiego wyciszenia i ucieczki od codzienności.

Przekleństwo.

                                 Jakoś tak nigdy nie pomyślałabym o sobie jako o istocie źle wychowanej, niegrzecznej czy np. przeklinającej publicznie. A tu proszę, jaka niespodzianka.

                                  Mieliśmy właśnie przemiłą wizytę z Polski. Spacerując po naszym mieście z uroczym starszym panem, kilkakrotnie a to pozdrowiłam kogoś, a to coś tam zamówiłam czy kupiłam, grzecznie wszystkim mówiąc „dzień dobry” czyli „goede dag” (po flamandzku), a w zasadzie „chuje dach”. Mój gość, na początku zażenowany, nie mógł wprost uwierzyć, że tak się to mówi! Naprawdę. Bardzo się uśmiałam i ubawiłam tym zdarzeniem. Przez cały dzień beztrosko rzucałam głośno i wyraźnie mięsem na prawo i lewo, a pan profesor przeżywał chwile grozy i prawdziwego wstydu za moje zachowanie.

                               “Chuje” to najzwyklejszy bowiem w świecie przymiotnik znaczący „dobry/a” i jest rzecz jasna bardzo powszechnie używany przez cały czas. Mieszkając od bardzo dawna poza granicami Polski prawie zatraciłam tę czasami subtelną (chociaż nie w tym przypadku) granicę miedzy wulgaryzmami, a ładnym językiem.

                           Tak samo jest z poczuciem humoru. Trzeba mieszkać w danym kraju, znać sytuacje, warunki, ludzi, kontekst, aby niektóre dowcipy miały sens i naprawdę śmieszyły. Do flamandzkiego dowcipu jestem przyzwyczajona. Bardzo, bardzo ostry, „to the point”, często wulgarny i dosadny. Bez tabu i bez osób i rzeczy chronionych czy niedozwolonych. W czasach panowania „naszego” papieża był on nieustającym, wdzięcznym tematem żartów, które w Polsce z całą pewnością uznano by za świętokradztwo. Dobry, ale trzeba się jednak oswoić.

                           Moim zdaniem jedynie Anglicy oraz Amerykanie potrafią dowcipkować, że tak powiem, internacjonalnie. Taki np. Woody Allen; jaki smutny byłby świat bez niego: "They are two types of people on this world, good and bad. The good sleep better, but the bad seem to enjoy the waking hours much more".

Super.

Rezygnacja-degradacja.

                                     Z powodu trwającej już ponad 6 tygodni rekonwalescencji musiałam zrezygnować z: dalszej nauki języka włoskiego, świętowania, obchodzenia Sylwestra, sexu, logicznego myślenia, spacerów z psem, trzech wcześniej zaplanowanych spotkań z przyjaciółmi, czytania książek, analizowania faktów, wyjazdu do Paryża w celu obchodzenia urodzin mojego Męża, cieszenia się ( choćby minimalnie)życiem, chodzenia do kina, przebywania tam gdzie trzeba dłużej siedzieć, spania w nocy, prowadzenia chociażby w małym stopniu aktywniejszego życia.

                            Zgrzeszę teraz, parafrazując trochę Najukochańszą z poetek:

 „ Zmęczona ledwie idę,

na kiju się opieram,

przejechana przez życie

jak przez złego szofera.

……

Jestem złamana, pogięta,

pocięta, poorana,

i tylko moja kobiecość

to zagojona rana”.

                                    

                               Nic tylko teraz przychodzi mi do głowy jedna myśl: może najwyższy czas zrezygnować z samej siebie?

Ty.

 Ty.         Z jakiegoś powodu

Poszukuję Cię znowu. 

                                  Z jakiegoś powodu

                                  Przywołuję Cię znowu. 

Z jakiegoś powodu

Pragnę Cię znowu. 

                                   Z jakiegoś powodu

                                   Ogarniasz mnie znowu. 

Bez żadnego powodu

Znajduję Cię.

Znowu. 

Sublimacja.

                                 Za oknem czarna noc. Bardzo, ale to bardzo cicho. Prawie wcale nie słychać u nas samochodów. Gdzieś w oddali cichutko, ledwie słyszalnie szumi autostrada. W sypialni jest chłodno i bardzo ciemno. Bardzo rzadko włączamy tutaj ogrzewanie, a dokładnie opuszczone żaluzje idealnie izolują nas od świata zewnętrznego. Łóżko jest duże, materace super wygodne, a obok pochrapuje najukochańszy na świecie człowiek. Wymarzone wprost warunki do spania i odpoczynku. Słyszę na dole „stukającego” pazurkami po podłodze psa. Czyżby on także nie mógł spać? W końcu psy stają się podobne do swoich właścicieli…… lub może wręcz  odwrotnie? Sama nie wiem.

                                   Przewracam się z boku na bok starając się przyjąć jakąś korzystną pozycję. Pozycję, w której chociaż trochę przestanie mnie boleć. Na nic. Wszystko na nic. Tik tak, tik tak. Wsłuchuję się w tykanie zegara. Przecież to takie nudne i takie monotonne! Chyba to dobrze, że nie jestem zegarem. Dopiero druga w nocy. Tak strasznie daleko do rana. Tik tak. Mam nadzieję, że minęła wieczność, a to tylko 15 minut. Boże, jakże ten czas niemiłosiernie się dłuży!

                                    Staram się leżeć raczej nieruchomo i robić jak najmniej hałasu. Wiem, że jutro musisz wstać i iść do pracy. Przenoszę się myślami w inny, lepszy, wyimaginowany świat. Ćwiczę to już od bardzo, bardzo dawna, ale niestety metoda sublimacji tej nocy nie działa.

                                   Wstaję cichutko i biorę kolejne prochy przeciwbólowe. Tik tak, tik tak. Zwariować można od tego tykania. Wiem z doświadczenia, że poczuję zbawienne działanie zawartej w tabletkach morfiny za kilka minut. Znowu i znowu tik tak. A może to zegar się zepsuł? Jestem już najzwyczajniejszym w świecie narkomanem. Tik tak, tik tak. Czekam w skupieniu na działanie tabletek.

                                  Dlaczego to trwa tak długo?

 

Gaza.

Gaza.

                       Flamandzki nie jest najpopularniejszym językiem, więc pozwolę sobie przetłumaczyć.

 Żołnierz pyta:

„Czy zostało jeszcze coś, czego NIE zdążyliśmy przez przypadek zbombardować?”

Made by Kamagurka.

No comments.  

 

„24”.Uzależnieni.

                        Wbrew danym sobie wcześniejszym obietnicom znowu ugrzęźliśmy w „24”. Cholera, nie gotujemy, nie śpimy, nie kochamy się (chociaż to także z powodu ciągle bolącego brzucha), maż zaniedbał pracę naukową i co najgorsze pies NIE wychodzi na spacer. Oglądamy na własnym “home cinema”, a więc efekty audio-wizualne są naprawdę świetne. Skaranie boskie!

                          Co jest takiego w tej serii, że nie możemy się oderwać i wirtualnie żyjemy w LA?

 

Dammit, Jack!

                          W ubiegłym tygodniu w USA, wprawdzie znacznie opóźniona z powodu słynnego strajku scenarzystów, weszła na ekrany telewizji FOX siódma seria. Nie ma więc dla nas, niestety, ratunku.