Wróciliśmy do domu! Wakacje udały się wprost cudownie. Dom był położony w lesie, na odludziu, duży, wygodny i naprawdę znakomicie wyposażony. Okolica jest piękna i cicha (zdjęcia w następnej notce), absolutne zadupie w sam raz dla nas. Jest jednak co zwiedzać i co podziwiać. Pogoda dopisała wybornie.
Wszystkie legendarnie (przynajmniej w Belgii) śliczne Czeszki wyjechały chyba za granicę, aby poprawić mi nastrój. Dziękuję. Mężczyźni zaś wyglądają tak samo nieszczególnie jak hmmm… Polacy. Na dodatek często noszą szorty w kratkę, co rzecz jasna tylko pogarsza całość.
Czesi są narodem cichym i spokojnym, nie agresywni i grzeczni na drodze. Jeżdżą naprawdę zgodnie z przepisami, nie trąbią, nie denerwują się, ustępują miejsca. Drogi, te lokalne, są niestety w stanie tragicznym, a oznakowane tak źle, że trzeba sporej inteligencji, aby dojechać w zaplanowane miejsce. Nawet z GPS. Generalnie cała infrastruktura jest uboga, a domy często brudne i niechlujne.
Chociaż dokładnie się przyglądałam i zwracałam baczną uwagę, kiedy przejeżdżaliśmy przez liczne wioski nie zauważyłam ani jednego psa na łańcuchu przywiązanego do marnej budy. Sadyzm typowy dla Polski?
Jedzenie w restauracjach było całkiem dobre, chociaż odmienne od belgijskiego, a niewyobrażalnie niskie ceny oczywiście dodawały mu smaku. Na dodatek można jeść w restauracji praktycznie przez cały dzień, czyli np. o godz.16.00 co niestety w Belgii jest prawie nie do pomyślenia. Przy okazji: jak to możliwe, że przeciętny Czech może sobie pozwolić na zjedzenie obiadu wtedy gdy przeciętny Belg czy, nie przymierzając, przeciętny Francuz musi jeszcze przez kilka godzin pracować? Niestety tzw. Customer service jest u nich w powijakach. Ewidentnie każdy, kto chce może zostać kelnerem/kelnerką i nikt nikogo nie szkoli, w jaki sposób obsługiwać i zajmować się gośćmi. Większość kelnerów wyglądała jakby była właśnie na wojnie z klientami. Dziwne. W zasadzie to oni wszyscy wyglądali na niezwykle poważnych, a uśmiech lub ukłon w stronę nieznanych ludzi uchodzi tutaj chyba za rodzaj przestępstwa. Język angielski jest popularny mniej więcej tak jak chiński, co chyba nie najlepiej świadczy o poziomie czeskiej edukacji.
Bardzo dużo ludzi pali papierosy.
Do biznesu chyba nie przywiązuje się tutaj zbyt wielkiej wagi: sklepy w sobotnie popołudnie są zgodnie zamknięte, a wsie, miasta i miasteczka prawie całkowicie puste i wyludnione. Totalny kontrast np. z Belgią gdzie sobota jest bardzo popularnym dniem handlowym, a miasta generalnie żyją do późnej nocy.
Telewizja, niestety dubbingowana, a więc generalnie nie do oglądania. Btw, czy ktoś u unii nie mógłby zabronić tego haniebnego procederu?
Do Pragi nie dotarliśmy. Niestety, nie czułam się aż na tyle dobrze. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś się to zdarzy. Chociaż generalnie nie mogłam tym razem specjalnie narzekać na stan mojego zdrowia: nie wylądowałam w żadnym szpitalu, ani u żadnego lekarza! O czeskiej służbie zdrowia nie mogę więc nic napisać. Ogólnie szkoda, że wakacje już się skończyły chociaż z pewną ulgą wróciłam do porządnych, dobrych dróg i zadbanych, flamandzkich domów.
Na shledanou Czechy!