Roczne archiwa: 2009

Matka.

                      Właśnie odleciała. Spędziłyśmy ze sobą 10 dni, co nie jest takie łatwe i oczywiste, kiedy się od wielu, wielu lat nie mieszka razem.Cały czas żyję z pewnym (niestety nie jedynym) kompleksem, ja ją zawiodłam będąc chora. Może to i niedorzeczne i zdaję sobie naturalnie sprawę, że swojego cierpienia sama sobie nie wybrałam, ale tak niestety jest. Dla wszelkiej jasności: moja mama NIGDY czegoś takiego nie dała mi odczuć. Nigdy przenigdy. Ale myśli takie szatańskie rodzą się chętnie i często w mojej głowie.

                     Ale było bardzo fajnie.

                     Jest kobietą nietuzinkową. Nie to, że wypominam jej wiek (a jest już prababcią), ale ma nowego laptopa, serfuje po necie, wysyła kartki elektroniczne na urodziny, śle sms-y szybciej ode mnie, robi zdjęcia GSM…… itd. Fascynujące, biorąc pod uwagę fakt jak wiele osób ZNACZNIE od niej młodszych, z jakiegoś powodu, boi się komputera. Jest inteligentna, oczytana i postępowa, chociaż całe życie mieszka w małym, zapyziałym, polskim miasteczku. A tam, wiadomo, o mohery chyba najłatwiej.

                  O matkach powstało wiele grafomańskich wierszy, a mnie się podoba to, co stworzył Z. Herbert:

 „Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał w pośpiechu i uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych pochyłościach, czasami piął się pod górę. Przychodził splątany i milczał. Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.

 

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto”.

 

Wszystkiego dobrego, Mamo.

 

Medycyna.

                                    Medycyna; tyle jej zawdzięczam. W zasadzie dzięki jej osiągnięciom jakoś funkcjonuję. Przy czym słowo „jakoś” ma tutaj kluczowe znaczenie.

                       I pomimo tego ciągle tak bardzo się boję.

 Jutro idę do szpitala na kontrolną wizytę.

 

Czy kiedyś się to zmieni?

 

Diana Krall.

                    Wczorajszy koncert wielkiej artystki w Brukseli. Mój bardzo, bardzo piękny prezent urodzinowy. Diana Krall i jej rodzaj soft jazzu, jaki oboje wprost uwielbiamy. A przy tym miła i atrakcyjna kobieta. Koncert był dobry, profesjonalny, artystka ma rzeczywiście znakomity glos, a publiczność była zachwycona.

               Dziękuję kochanie!

              Wszystko zło tego z świata zniknęło, rozmyło się gdzieś w przestrzeni. Zapomniałam o chorobie, szpitalach, lekarzach, operacjach. Nawet o bólu. Przestały istnieć problemy z ociepleniem klimatu, kryzysem, maltretowanymi dziećmi i kobietami. Znikneły torturowane i zabijane zwierzęta. Nie było wojny ani w Afganistanie, ani w Iraku, ani w ogóle nigdzie. Świat wypiękniał.

 

              I co z tego, że tylko na chwilę?

 

Kondolencje.

                                Dzisiaj są moje urodziny i pozwolę sobie z tej okazji złożyć serdeczne kondolencje oraz wyrazy głębokiego współczucia.Nie ukrywam, że nie jest to mój ulubiony dzień w roku.

                    Dedykuję też sobie wiersz, a jakże, Najukochańszej z poetek:

 

„Kurczę się, ściemniam, zmieniam,

układam jak groch w łupinie-

zapominam własnego imienia

i czas mi przez głowę płynie.

 

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,

bezpiecznie żyję w niebycie.

Zapominam po prostu

że jest życie”.

 

                       Ale dosyć smutasowania kobieto. Trzymaj się!

 

Subiektywna obserwacja socjologiczna.

                         Po raz ostatni wracam do naszych wakacji w Czechach.

                        Poruszam się z trudem, często o kuli lub o lasce. To sprawia, że zwykle dostaję zniżki lub jestem wręcz zwalniana od płacenia za wstęp np. do różnych muzeów. Opcja taka oferowana jest mi spontanicznie i nigdy o nią nie prosiłam i nie proszę. Otóż w Czechach ani razu mnie to nie spotkało i nie chodzi mi o to, że chciałam skąpić nie płacąc np. 1 euro za wstęp. Absolutnie nie. Chodzi mi o stosunek społeczeństwa do inwalidów. Tym ostatnim w Czechach nie zazdroszczę.

                          To tylko tak na marginesie. Moja subiektywna obserwacja socjologiczna.

 

Czas.

Czas.Czas stoi

Czas biegnie

Czas pędzi i zwleka

Czas zwalnia, czas goni

Przez palce ucieka.

 

 

Czas poświęcony

Czas zmarnowany

Czas ważny, nieważny

Czas podarowany.

 

Czas błogi

Czas trwogi

Czas wojny i strachu

Śmierci i pożogi.

 

Czas nagły

Czas przeszły

Piękny i bezcenny.

Czas smutku, przetrwania.

Ciężki, bezimienny.

 

Czas drogi, niedrogi

Zamieniony w logo.

 

I po co?

I na co?

A wszystko dla kogo?

 

Sala operacyjna.

                               Strach, ból i cierpienie. Niemiłosiernie wlokące się godziny w oczekiwaniu na operację. Znienawidzony brzęk narzędzi chirurgicznych. Przerażenie w moich oczach. Slogany: „Zrobimy wszystko co w naszej mocy”. Poniżenie i zażenowanie. I co z tego, że wszyscy są grzeczni, mili i uprzejmi skoro czuję się tak obrzydliwie sama i samotna. Strach, strach, strach. Irracjonalny. Stres praktycznie paraliżujący moje ruchy. Bardzo zimno i bardzo nieprzytulnie. Bezradność. Całkowita bezradność. Znowu wszystko od nowa. Czekająca mnie bezsenna noc. Nowa operacja.

Jutro.

 

Czeski Raj.

                                         Czeski Raj.

U nas.

 

Czeski Raj 1.

Nasz niezwykle przystojny sąsiad.

 

                            Czeski Raj 2.

Znowu u nas.

 

Czeski Raj 3.

Czeski Raj.

 

                                Czeski Raj 5.

Czeski Raj znowu.

 

Getynga.

Weekend w Getyndze.

 

A casa.

                              Wróciliśmy do domu! Wakacje udały się wprost cudownie. Dom był położony w lesie, na odludziu, duży, wygodny i naprawdę znakomicie wyposażony. Okolica jest piękna i cicha (zdjęcia w następnej notce), absolutne zadupie w sam raz dla nas. Jest jednak co zwiedzać i co podziwiać. Pogoda dopisała wybornie.

                            Wszystkie legendarnie (przynajmniej w Belgii) śliczne Czeszki wyjechały chyba za granicę, aby poprawić mi nastrój. Dziękuję. Mężczyźni zaś wyglądają tak samo nieszczególnie jak hmmm… Polacy. Na dodatek często noszą szorty w kratkę, co rzecz jasna tylko pogarsza całość.

                             Czesi są narodem cichym i spokojnym, nie agresywni i grzeczni na drodze. Jeżdżą naprawdę zgodnie z przepisami, nie trąbią, nie denerwują się, ustępują miejsca. Drogi, te lokalne, są niestety w stanie tragicznym, a oznakowane tak źle, że trzeba sporej inteligencji, aby dojechać w zaplanowane miejsce. Nawet z GPS. Generalnie cała infrastruktura jest uboga, a domy często brudne i niechlujne.

                              Chociaż dokładnie się przyglądałam i zwracałam baczną uwagę, kiedy przejeżdżaliśmy przez liczne wioski nie zauważyłam ani jednego psa na łańcuchu przywiązanego do marnej budy. Sadyzm typowy dla Polski?

                              Jedzenie w restauracjach było całkiem dobre, chociaż odmienne od belgijskiego, a niewyobrażalnie niskie ceny oczywiście dodawały mu smaku. Na dodatek można jeść w restauracji praktycznie przez cały dzień, czyli np. o godz.16.00  co niestety w Belgii jest prawie nie do pomyślenia. Przy okazji: jak to możliwe, że przeciętny Czech może sobie pozwolić na zjedzenie obiadu wtedy gdy przeciętny Belg czy, nie przymierzając, przeciętny Francuz musi jeszcze przez kilka godzin pracować?  Niestety tzw. Customer service jest u nich w powijakach. Ewidentnie każdy, kto chce może zostać kelnerem/kelnerką i nikt nikogo nie szkoli, w jaki sposób obsługiwać i zajmować się gośćmi. Większość kelnerów wyglądała jakby była właśnie na wojnie z klientami. Dziwne. W zasadzie to oni wszyscy wyglądali na niezwykle poważnych, a uśmiech lub ukłon w stronę nieznanych ludzi uchodzi tutaj chyba za rodzaj przestępstwa. Język angielski jest popularny mniej więcej tak jak chiński, co chyba nie najlepiej świadczy o poziomie czeskiej edukacji.

                       Bardzo dużo ludzi pali papierosy.

                                             Do biznesu chyba nie przywiązuje się tutaj zbyt wielkiej wagi: sklepy w sobotnie popołudnie są zgodnie zamknięte, a wsie, miasta i miasteczka prawie całkowicie puste i wyludnione. Totalny kontrast np. z Belgią gdzie sobota jest bardzo popularnym dniem handlowym, a miasta generalnie żyją do późnej nocy.

                               Telewizja, niestety dubbingowana, a więc generalnie nie do oglądania. Btw, czy ktoś u unii nie mógłby zabronić tego haniebnego procederu?

                               Do Pragi nie dotarliśmy. Niestety, nie czułam się  aż na tyle dobrze. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś się to zdarzy. Chociaż generalnie nie mogłam tym razem specjalnie narzekać na stan mojego zdrowia: nie wylądowałam w żadnym szpitalu, ani u żadnego lekarza! O czeskiej służbie zdrowia nie mogę więc nic napisać. Ogólnie szkoda, że wakacje już się skończyły chociaż z pewną ulgą wróciłam do porządnych, dobrych dróg i zadbanych, flamandzkich domów.

Na shledanou Czechy!

 

Bon voyage!

                                Wygląda na to, że choroba troszkę przysnęła i uda się nam wyjechać na wakacje. Jedziemy do Czech, do małego domku niedaleko Pragi. „Zahaczymy” także niejako trochę o Polskę.

                               O Pradze wszyscy znajomi wyrażają się niezwykle entuzjastycznie, a więc zobaczymy. Trochę europejskich stolic już widziałam i oto absolutnie subiektywna moja lista preferencyjna:

 

  1.  Paryż – absolutnie moja miłość z wielu względów (od języka począwszy) na historii i kulturze skończywszy. Niestety „le trafic” obrzydliwy i może zepsuć każde wakacje.
  2.  Londyn – miło, czysto i grzecznie. Przestrzeń i zieleń; dobra komunikacja miejska; gorsze, niestety, jedzenie.
  3.  Madryt – przestronnie i bardzo czysto. Naprawdę sporo do zobaczenia. Nie lubię jednak ani kuchni hiszpańskiej, ani samych Hiszpanów (mało sprawni językowo) oraz niespecjalnie uprzejmi dla obcych.
  4.  Kopenhaga – miła atmosfera oraz bardzo grzeczni i pomocni autochtoni. Minusy to pogoda i ceny w restauracjach.
  5.  Amsterdam – miasto wyjątkowe pod względem atmosfery i sposobu życia i bycia, chociaż samych zabytków nie mają zbyt wiele.
  6.  Rzym – dorobek historyczny wprost porażający. Niestety wszystko psują zbyt liczni turyści. ”La cuccina italiana” dla turystów to po prostu tragedia, a hotele nawet dobrej klasy i kasy nie są najlepsze.
  7.  Bruksela – najlepiej znana mi ze wszystkich stolic. Pomieszanie przepięknych, godnych zwiedzenia dzielnic z takimi, do których lepiej nie wchodzić. Kulinarnie absolutny top europejski lub nawet światowy.
  8.  Luksemburg – porządnie, grzecznie i poprawnie, ale jakby trochę nudno. Bardzo spokojnie. Sielsko i anielsko.
  9.  Berlin – wielki plac budowy i przestrzenie niewyobrażalne w innych miejscach; niewiarygodne wprost zmiany na lepsze. Tanio oraz grzecznie w restauracjach.
  10.  Helsinki – chyba jedna z najbardziej pustych, nawet w komunikacji miejskiej, stolic. Bardzo, ale to bardzo uprzejmi mieszkańcy. Świetnie zaopatrzone sklepy z ciuchami. Minus: ceny alkoholu oczywiście.
  11.  Ateny – dorobek historyczny rzeczywiście imponujący, tanie i smaczne jedzenie, ale klimat nie dla mnie. Niezbyt czysto i bardzo głośno, ale widok Akropolu nocą jest wart każdych pieniędzy.
  12.  Budapeszt – pomieszanie z poplątaniem wszystkiego naraz (a jest sporo do zwiedzania) i brudno, niestety. Chaos na ulicach.
  13.  Sofia – nic specjalnego. Widok wszędzie biegających, bezpańskich psów był dla mnie nie do zniesienia. Dobry, tani relatywnie hotel z naprawdę profesjonalną obsługą.
  14. Belgrad – nie podobał mi się wcale. Sporo złych twarzy na ulicach. Komunizm ciągle żywy. Chaos komunikacyjny.

 

Więcej grzechów nie pamiętam…..

 

                                         Jeżeli będę miała wystarczająco siły to zwiedzę w tym roku także Warszawę i jestem bardzo ciekawa gdzie umieści się ona w moim rankingu.

 

A na razie życzę nam: Bon voyage!