Roczne archiwa: 2009

No doubt.

                             There is no doubt, że “Doubt” jest filmem naprawdę rewelacyjnym. Znakomicie wprost zagranym. No, ale czegóż innego można oczekiwać od Meryl Streep? Osobiście uważam ją za jedną z najlepszych aktorek ever. Zresztą cała obsada jest bardzo, bardzo dobra. Gra aktorska jest tak sugestywna, że nawet ja, odgrodzona bezpiecznie ekranem, czasami odczuwałam strach i niepokój. I dlaczego Meryl ZNOWU nie dostała Oskara? Spisek czy co?

                          Z takimi aktorami film w zasadzie nie ma prawa się nie udać. Temat jednak jest niezwykle wrażliwy i niewygodny zwłaszcza dla katolickich środowisk. Dialogi są wprost rewelacyjne, majstersztyki z głębokim przesłaniem moralnym. Poruszają w tym filmie wiele teologicznych i etycznych kwestii. Sama historia zaś, w związku z częstym molestowaniem młodzieży przez księży, wielce prawdopodobna. Film dla dorosłych, wrażliwych ludzi. Temat trudny: walka konserwatyzmu z progresywizmem. Dzieło jakby nie na dzisiejsze czasy: brak sexu, przemocy i efektownych, generowanych komputerowo, scen. A jednak!

 

Raz jeszcze: super film!

 

Zło.

Zlo.

 

Urosło we mnie

I jest.

 

Zło tego świata.

 

Czuje się dobrze

Przyczajone w każdym kącie.

Zgarbione

W podartej koszuli.

 

Nieporuszone

Obojętne

Harde.

Nieustraszone

W swoim otępieniu.

 

Śmiało patrzy mi w oczy.

 

Przeklęte

Zło tego świata.

 

Bakterie.

                  Wizyta, a jakże, w szpitalu. Bakterie w moim brzuchu trzymają się dzielnie i znakomicie się bronią nie dając szans żadnym antybiotykom. Niestety we wrześniu czeka mnie KOLEJNA operacja.

Nic tylko płakać.

 

                  „…Respicientes, quantum a tergo rerum tristium immineat, sin on finire lacrimas, at certe reservare debemus. Nulli parcendum est rei magis quam huic, cuius tam frequens usus est “.

 

                    To, rzecz oczywista, jeden z moich towarzyszy niedoli Seneka: “…Biorąc pod uwagę, ile smutków zagraża nam jeszcze w życiu, powinniśmy, jeśli już nie całkiem przestać płakać, to przynajmniej zachować trochę łez na później. Niczego nie należy bardziej oszczędzać niż tego, czego tak często musimy używać”.

 

            Podejrzewam jednak, że pokłady łez mam niewyczerpane.

 

 

Positive thinking?!

Myśl pozytywnie!

Ten zdumiewający efekt potwierdzono wielokrotnie. Najdziwniejsze jest jednak to, że bodźcami leczącymi mogą stać się pewne myśli. Ludzie, którzy tworzą przyjemne, konstruktywne wyobrażenia, stają się zdrowsi. Ci, którzy w nieskończoność rozpamiętują porażki, niepowodzenia, nieszczęścia, dodatkowo wywołują u siebie choroby.Badacze odkryli, że można w związku z tym poprawiać swój stan zdrowia poprzez regularne tworzenie odpowiednich wyobrażeń (wizualizacji). Metoda ta polega na tym, że pacjenta uczy się wyobrażać sobie, że zdrowieje, że przez jego ciało przepływa dobroczynna substancja (np. srebrna woda) i oczyszcza go z wszelkich toksyn oraz chorób. Stan relaksu, który się wtedy uaktywnia i wyobrażenie wyzdrowienia faktycznie sprawiają, że rozwój choroby zostaje zahamowany.
Wszystkie zabiegi, o których mowa, nie wykluczają oczywiście typowego leczenia farmakologicznego. W psychice drzemią jednak potężne siły, które mogą przyczynić się zarówno do powstawania chorób i ich utrzymywania się, jak i zanikania. Jeśli znamy te siły i potrafimy je wykorzystywać – nie dajemy się chorobom.

(dr psychologii Marcin Florkowski)

Bardzo to proste, łatwe i optymistyczne; zbyt proste, zbyt łatwe i zbyt optymistyczne. Szczególnie jak na doktora psychologii. Generalnie lubimy przecież komplikować sprawy.

Doceniam siłę pozytywnego myślenia. Nieskromnie nawet powiem, że jestem mistrzynią w jego stosowaniu. Nieustająco gryzie mnie jednak pytanie: skąd brać siły na to wszystko?

Jeżeli choroba jest długa, ciężka i na dodatek nieuleczalna?

Szukam wsparcia w filozofii, psychologii, poezji i literaturze. Szukałam, bezskutecznie, w religii. Jednak najważniejsi dla mnie są ludzie. Głównie z nich wysysam siły i liczę na ich pomoc. Czerpię moc z ich ludzkich zasobów. Czasami czuję się jak pijawka żerująca na innych. Wysysająca z nich siły i bazująca na ich energii. Brzmi strasznie, wiem, ale inaczej nie potrafię. Staram się naprawdę niezwykle mocno dawać w zamian tyle ile mogę. Bilans nie wychodzi jednak na moją korzyść.

Następna wątpliwość: kto mi dał prawo, aby tak postępować?

No, kto?

 

Smutny ktoś.

                           Mąż w USA, reszta Bóg jeden raczy wiedzieć gdzie. „Er is zelf geen kat te zien”. To jest oczywiście po flamandzku i znaczy, że nawet kota nie widać (co akurat w mojej okolicy, gdzie mieszka 8 kotów, jest nieprawdą). Cisza i spokój. A dokładnie: zbyt cicho oraz zbyt spokojnie. Samotność czai się podstępnie w każdym, nawet najmniejszym kącie. Jestem w dobrym, doborowym towarzystwie: pies, choroba, pustka, wino i ja. Niekoniecznie w tej kolejności.

Zostaje, jak zawsze na pocieszenie, najukochańsza z poetek:

 

„Ktoś ma dziś serce chore

W te zimną, nocną porę…

 

Dyga spłoszona świeca.

Wicher dmucha do pieca…

 

Jęczy, płacze w kominie

Ten, co mu Nikt na imię…

 

Ktoś jest zły, Ktoś ma dosyć,

A Nikt płacze po nocy…

 

Źle Komuś, źle Nikomu

I w przestrzeni, i w domu….”.

 

                        A ja muszę się spieszyć z opublikowaniem tej notki zanim butelka zostanie całkowicie opróżniona.

 

La folie.

                            Chora czy nie chora pognałam (a co !) na zakupy. Dawka kortyzonu potrafi naprawdę czynić cuda nad cudami! Ostatni tydzień solden, czyli przecen trzeba koniecznie wykorzystać. Zniżki sięgają 80%. Obkupiłam się niewiarygodnie i wydałam mnóstwo pieniędzy.

Tyle radości i szczęścia!

A że to szczęście jest banalne i trywialne? Let it be.

                            Niestety, pewnie większości z tych nowych szmat nigdy nie założę.

 

Anestezjolog.

                                      Anestezjolog.

Tutaj, myślę, nie wiele trzeba tłumaczyć:

 

Pacjent krzyczy:”AAAUWW”!

Lekarz uspokaja: „Cicho! Anestezjolog śpi”.

                                                            (autor:Kamagurka).