Z okazji świąt postanowiłam uraczyć najbliższą rodzinę przysmakami z Polski. W związku z tym trzeba, rzecz jasna, pojechać do jakiegoś polskiego sklepu. Pojechać, gdyż sklepik z polskimi artykułami w naszym mieście zbankrutował. I słusznie, niestety. Było tam byle jak, naśmiecone, brudno. Artykułów, co kot napłakał, a ruskich pierogów nawet pies nie chciał zjeść. Za ladą stało całkiem ładne dziewczę (właścicielka jak się później okazało) z groźną miną. Klienta nie pozdrawia, nie dziękuje, nie życzy miłego weekendu…itp. Swojskie klimaty. Zresztą, w jaki sposób ma pozdrowić, dziękować i życzyć skoro, UWAGA, nie zna języka. Prawdziwa biznesmęka. Ekonomista ze mnie żaden, ale nawet ja wiem, że w takiej sytuacji biznes jest absolutnie bez szans. Pytam czy przynajmniej mówi po angielsku. Nie, of course. Pytanie o angielski nie jest bez sensu. Miasto nasze jest nieduże, uniwersyteckie i spora część studentów, naukowców czy doktorantów posługuje się właśnie angielskim. No cóż, nie moje pieniądze, nie mój problem.
Nie ma rady, jedziemy do stolicy. Znaleźliśmy kilka adresów na Internecie i szukamy. Pierwszy sklep już z zewnątrz zrobił tak koszmarne wrażenie, że się nawet nie zatrzymaliśmy. Drugi zamknięty bez żadnego wyjaśnienia. Ale do trzech razy sztuka………. bingo. Mała nora niedaleko polskiej ambasady. Wchodzimy, a na zapleczu lecą k**** aż miło. Swojskie klimaty? Dziękuję. Nie dla mnie. Po chwili wychodzi jakiś koczkodan. Ale nieważne. Zdobywamy kilka podstawowych, bardzo drogich produktów i uciekamy jak najszybciej, gdyż koczkodan robi się bardzo rozmowny i wręcz spoufala się z klientem. Swojskie…. . Do kabanosów, koncentratu barszczu i klusek z mięsem dokupujemy piwo („Żywiec”) i do domu. Piwoszem nie jestem i tak po prawdzie to piwo może dla mnie nie istnieć, ale „Żywiec” chyba do liderów światowych nie należy.
Szkoda, że tak to wygląda. Pomimo ogromnego wysiłku intelektualnego i głębokiej analizy (LOL) doszłam do wniosku, że mam ani jednego polskiego produktu, który wzbudzałby jakąś tęsknotę. Chętnie jednak wsparłabym polski biznes, ale chcę kupować w ładnie i estetycznie urządzonym sklepie, mieć świeże artykuły, być grzecznie oraz przede wszyskim profesjonalnie obsłużoną. Nie chcę naprawdę nic więcej poza normalnymi flamandzkimi standardami.
Dlaczego normalność to ciągle nie są swojskie klimaty ?