Roczne archiwa: 2009

Bierność.

                               Często patrzę na swoje życie z pozycji biernego obserwatora, a nie z pozycji aktywnego jego uczestnika czy kreatora. Oglądam je jak film w telewizji. Wcale w nim nie gram, nie reżyseruję, nie nakręcam. 

                                 Ot, obca osoba, obca historia, nieznany wątek akcji. Nie mam wcale wpływu na przebieg i zakończenie filmu i, co gorsza, jakby specjalnie mnie to nie obchodzi. Cudza bajka, cudze problemy, cudze zawiłości losu. Ktoś tam chodzi i biega po ekranie beznadziejnie szamocząc się z przeciwnościami. Mały, słaby, litości i pożałowania godny człowieczek. Smutne, cholera, jak nie wiem co! 

                                    Jedno wiem, że z całą pewnością nie będzie w tym filmie   ”happy endu”. 

Jesteś.

Motyl.W mojej dłoni

Uziemiony:

wielki,

mądry

i spełniony. 

                                                             W moim sercu

                                           Uwięziony:

                                           czuły,

                                           dobry

                                           i zraniony. 

W mojej duszy

Zakochany.

Mój jedyny.

Najwspanialszy.

Tak oddany.  

Swojskie klimaty.

                                Z okazji świąt postanowiłam uraczyć najbliższą rodzinę przysmakami z Polski. W związku z tym trzeba, rzecz jasna, pojechać do jakiegoś polskiego sklepu. Pojechać, gdyż sklepik z polskimi artykułami w naszym mieście zbankrutował. I słusznie, niestety. Było tam byle jak, naśmiecone, brudno. Artykułów, co kot napłakał, a ruskich pierogów nawet pies nie chciał zjeść.  Za ladą stało całkiem ładne dziewczę (właścicielka jak się później okazało) z groźną miną. Klienta nie pozdrawia, nie dziękuje, nie życzy miłego weekendu…itp. Swojskie klimaty. Zresztą, w jaki sposób ma pozdrowić, dziękować i życzyć skoro, UWAGA, nie zna języka. Prawdziwa biznesmęka. Ekonomista ze mnie żaden, ale nawet ja wiem, że w takiej sytuacji biznes jest absolutnie bez szans. Pytam czy przynajmniej mówi po angielsku. Nie, of course. Pytanie o angielski nie jest bez sensu. Miasto nasze jest nieduże, uniwersyteckie i spora część studentów, naukowców czy doktorantów posługuje się właśnie angielskim. No cóż, nie moje pieniądze, nie mój problem.

                               Nie ma rady, jedziemy do stolicy. Znaleźliśmy kilka adresów na Internecie i szukamy. Pierwszy sklep już z zewnątrz zrobił tak koszmarne wrażenie, że się nawet nie zatrzymaliśmy. Drugi zamknięty bez żadnego wyjaśnienia. Ale do trzech razy sztuka………. bingo. Mała nora niedaleko polskiej ambasady. Wchodzimy, a na zapleczu lecą k**** aż miło. Swojskie klimaty? Dziękuję. Nie dla mnie. Po chwili wychodzi jakiś koczkodan. Ale nieważne. Zdobywamy kilka podstawowych, bardzo drogich produktów i uciekamy jak najszybciej, gdyż koczkodan robi się bardzo rozmowny i wręcz spoufala się z klientem. Swojskie…. . Do kabanosów, koncentratu barszczu i klusek z mięsem dokupujemy piwo („Żywiec”) i do domu. Piwoszem nie jestem i tak po prawdzie to piwo może dla mnie nie istnieć, ale „Żywiec” chyba do liderów światowych nie należy.                   

                          Szkoda, że tak to wygląda. Pomimo ogromnego wysiłku intelektualnego i głębokiej analizy (LOL) doszłam do wniosku, że mam ani jednego polskiego produktu, który wzbudzałby jakąś tęsknotę. Chętnie jednak wsparłabym polski biznes, ale chcę kupować w ładnie i estetycznie urządzonym sklepie, mieć świeże artykuły, być grzecznie oraz przede wszyskim profesjonalnie obsłużoną. Nie chcę naprawdę nic więcej poza normalnymi flamandzkimi standardami.     

                  Dlaczego normalność to ciągle nie są swojskie klimaty ?

Bankructwo.

                         Wskutek wiadomego kryzysu finansowego bardzo, ale to naprawdę bardzo wiele osób straciło ogromne pieniądze. Niektórzy nawet po (sic!) kilkaset milionów euro. Sprawa nie jest prosta. Wiele z tych bogatych ludzi odziedziczyło po prostu majątki, na które ciężko pracowały całe pokolenia. Niektórzy ponieśli całkowite lub częściowe bankructwa.

                      Oto ironiczny komentarz do całej sytuacji wspominanego już wcześniej Kamagurki:

pingpong

Tłumaczenie:

 „Czasami puszczam sobie wodze fantazji i myślę,

że jestem biedny…..……

………..i muszę grać w golfa

piłeczką do pingponga”.

Inna.

W jakim stopniu nieustanne chorowanie zmienia człowieka?

Kim byłabym, gdybym była zdrowa?

Z cała pewnością pracowałbym ciężko, zarabiając kilka tysięcy euro. Byłabym wiecznie zajęta i

zapracowana. Coś więcej znaczyłabym w tym życiu. Nie tylko finansowo. Miałabym, i słusznie, prawidłowo rozwinięte poczucie własnej wartości i ważności. Gdybym posiadała jakieś istotne stanowiska to, być może, stałabym się arogancka i zarozumiała. Nie musiałabym, niejako na siłę, wymyślać sobie różnorodnych zajęć „zastępczych”. Nie znałabym pięciu języków, gdyż nie miałbym czasu, aby się ich nauczyć. Musiałabym rano, być może nawet wcześnie, wstawać z łóżka (brrrr). Posiadalibyśmy liczniejszą rodzinę. Mogłabym być np. dumna ze swoich osiągnięć. Miałabym np. upierdliwego szefa lub sama nim była. Zapraszano by mnie na smaczne lunchy i dinery i płacono by za nie całkiem sporo. Stres, nazwijmy to „szpitalny” zamieniałbym na stres „zawodowy”. Nie byłabym więcej zażenowana faktem, ze jestem na czyimś utrzymaniu. Wymądrzałabym się nieustannie dodając sobie i swojej pracy wagi oraz znaczenia. Kupowałabym znacznie więcej ciuchów. Nie przeczytałabym tych wszystkich rewelacyjnych książek. Nie miałabym tej głębokiej zmarszczki między brwiami powstałej wskutek nieustannego bólu. Nie mielibyśmy (o zgrozo!) psa. Nie potrafiłbym tak fantastycznie (a jakże!) gotować.

Życie moje nabrałoby głębszego sensu.


Byłabym więc zdecydowanie inną osobą. Tą samą, ale nie taką samą.



La Traviata.

                                 Opéra Royal de Wallonie już tutaj gościła, ale tym razem obejrzeliśmy „La Taviata” ( czyli „zabłąkana” po polsku) operę do której muzykę napisał Giuseppe Verdi. Piękna, wzruszająca i smutna historia z 1853 roku. I pomyśleć, że  pierwsze jej wykonanie w Wenecji okazało się fiaskiem i skandalem, publiczność bowiem, jeszcze wtedy, nie przywykła do oglądania kurtyzan na scenie. Wspaniałe wykonanie! I prawie trzy godziny przeniesienia się w inny świat, w inne problemy i w inną rzeczywistość. Na dodatek odczuwałam  niejaki związek duchowy z główną bohaterką. Nie to żebym zaraz była kurtyzaną, ale obie jesteśmy bardzo chore. Muzyka, muzyka i jeszcze raz wprost rewelacyjna muzyka. Chwila wytchnienia, odpoczynku oraz zapomnienia o własnym, mizernym życiu.

 

                               A w sobotę wizyta u przyjaciół na obiedzie. Jak zwykle super wprost żarcie. Ach ci Flamandowie! Nie dość, że chyba są tu najlepsze restauracje na świecie to jeszcze w wielu prywatnych domach prawie sami mistrzowie kuchni. Naprawdę.

 

                         Takie „carpe diem” na moją skalę.

 

Requiem.

                             27 stycznia pożegnał się z tym światem amerykański poeta, pisarz oraz krytyk JOHN UPDIKE. Wiedział, że był ciężko i nieuleczalnie chory i krótko przed śmiercią napisał swoje własne „REQUIEM”:

 „It came to me the other day;

When I die, no one would say.

‘Oh, what a shame! So young, so full

Of promise – depths inplumbable!’ 

————————————–

 Instead, a shrug and tearless eyes

Will greet my overdue demise;

The wide response will be, I know,

‘I thought he died a wile ago’. 

————————————–

For life’s a shabby subterfuge,

And death is real, and dark, and huge.

The shock of it will register

Nowhere but where it will occur”.

————————————–

Piękne. Po prostu piękne.

 

Absolutnie.

I znowu ból, stres i cierpienie. Znowu szpital i wszystko, co się z nim wiąże. A tak chętnie pisałabym o dobieraniu stringów do kozaczków! Z ręką na sercu przyznaję, że opieka i wiedza lekarsko-pielęgniarska jest tutaj wprost znakomita. Ale chętnie bym tego tak często nie sprawdzała.

 Jak sobie radzą w takich sytuacjach ludzie samotni?

Kto im pomaga?

Kto wspiera?

Kto jest świadkiem wylewanych łez?

I kto pomaga je osuszać?

Czy pomimo wszystkiego, co mnie spotyka, należę do szczęśliwców?             

                                      Sama absolutnie nie dałabym rady.    

Remedium. 43

Lisc.

Jak suche liście z drzew

Spadają na ziemię.

Bezszelestnie.

Moje marzenia.

Jak niepotrzebnie zapisane kartki papieru

lądują w koszu na śmieci życia.

Chciane, kochane, potrzebne.

Oczekiwane i pielęgnowane.

Zostają jak jątrzące się rany.

   

Bez litości.

Bez remedium.