Terapeutyczny wypadek? Therapeutisch ongeval. Tak to naprawdę brzmi. Taki rodzaj współczesnej nowomowy, bla, bla, bla, prawniczego żargonu mający na celu….. no właśnie co? Ukrycie bolesnej prawdy, która zwyczajnie brzmi: błąd w sztuce medycznej. Nic innego.
Otóż okazuje się, po konsultacji z rzecznikiem praw pacjenta, że być może jestem ofiarą takiego właśnie błędu. Moja grudniowa (z 2008 roku) operacja była jak do tej pory 7 razy poprawiana. Ósmy raz uskuteczni się w lutym i ciągle nie ma poprawy. Wręcz przeciwnie, mój stan się pogarsza w wyniku najprawdopodobniej błędnie przeprowadzonego zabiegu. Sprawę oddałam do prawników. Na szczęście w tym kraju istnieje specjalny oddział do tego typu problemów w naszej ubezpieczalni. Ludzie ci, co ważne, są także przez tę ubezpieczalnię opłacani. Po pierwszym, wstępnym spotkaniu przypadek mój został zaliczony do wartych rozpatrzenia. Najważniejsze jest jednak pytanie: czy chodzi o komplikacje czy o błąd w sztuce?
Ja doskonale wiem, że wszyscy popełniamy błędy, lekarze także i przyznaję im do tego pełne prawo. Chodzi mi jednak o sprawiedliwość, o przyznanie się i uznanie błędu. O wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoją pracę jakakolwiek by ona nie była. Chirurg olał mnie kompletnie. I to we flamandzkiej służbie zdrowia, która według różnorodnych badań jest uważana za jedną z najlepszych na świecie! Musiałam zmienić duży, renomowany szpital uniwersytecki na mały, zwykły, regionalny. Zwykle pacjenci robią odwrotnie. Dla mnie sprawa jest o tyle trudniejsza, że mieszkam praktycznie obok tego uniwersyteckiego, a mam spore kłopoty z przemieszczaniem się.
Szczęście w nieszczęściu: w Belgii pacjent nie jest pozostawiony sam sobie w takiej sytuacji. Nie wiem jak się przedstawia ten problem w innych krajach. Wspomniani wyżej ubezpieczalniani prawnicy będą bronić i reprezentować mój przypadek. Oczywiście nie jestem naiwna; bronią także, a może przede wszystkim, interesu ubezpieczalni, ponieważ to właśnie ona za wszystko płaci. A kwoty są ogromne.
Czy mam szanse na uznanie moich racji? Nie wiem. Cała procedura wg. wstępnych obliczeń potrwa prawie (sic!) ROK.
Czuję się z tym źle i okropnie. Jakby podwójnie pokrzywdzona; nie tylko z powodu ciężkiej choroby, ale także z powodu być może ludzkiej nieuwagi, bezmyślności czy niekompetencji. Jestem rozżalona, rozgoryczona i zwyczajnie ud**iona. Oliwy do ognia dolał kompletny, ale to kompletny brak poczucia jakiejkolwiek winy u chirurga. Arogancja i sprawianie wrażenia, że jest się wszechwładnym i ponad prawem. Ano poczekamy, zobaczymy. A wystarczyłaby chociaż odrobina zainteresowania, współczucia czy próba szukania rozwiązania z jego strony i nie byłoby wcale całej sprawy. Nie jest to bowiem pierwsza nieudana operacja w moim życiu. Niestety. Ale nigdy, przenigdy nie miałam żadnych roszczeń, gdyż ZAWSZE widziałam, że lekarz zrobił naprawdę wszystko co mógł tylko się nie po prostu udało.
Ach, życie moje…..