Archiwum dnia: 3 lutego, 2010

Terapeutyczny wypadek.

                                           Terapeutyczny wypadek? Therapeutisch ongeval. Tak to naprawdę brzmi. Taki rodzaj współczesnej nowomowy, bla, bla, bla, prawniczego żargonu mający na celu….. no właśnie co? Ukrycie bolesnej prawdy, która zwyczajnie brzmi: błąd w sztuce medycznej. Nic innego.

                                           Otóż okazuje się, po konsultacji z rzecznikiem praw pacjenta, że być może jestem ofiarą takiego właśnie błędu. Moja grudniowa (z 2008 roku) operacja była jak do tej pory 7 razy poprawiana. Ósmy raz uskuteczni się w lutym i ciągle nie ma poprawy. Wręcz przeciwnie, mój stan się pogarsza w wyniku najprawdopodobniej błędnie przeprowadzonego zabiegu. Sprawę oddałam do prawników. Na szczęście w tym kraju istnieje specjalny oddział do tego typu problemów w naszej ubezpieczalni. Ludzie ci, co ważne, są także przez tę ubezpieczalnię opłacani. Po pierwszym, wstępnym spotkaniu przypadek mój został zaliczony do wartych rozpatrzenia. Najważniejsze jest jednak pytanie: czy chodzi o komplikacje czy o błąd w sztuce?

                                           Ja doskonale wiem, że wszyscy popełniamy błędy, lekarze także i przyznaję im do tego pełne prawo. Chodzi mi jednak o sprawiedliwość, o przyznanie się i uznanie błędu. O wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoją pracę jakakolwiek by ona nie była. Chirurg olał mnie kompletnie. I to we flamandzkiej służbie zdrowia, która według różnorodnych badań jest uważana za jedną z najlepszych na świecie! Musiałam zmienić duży, renomowany szpital uniwersytecki na mały, zwykły, regionalny. Zwykle pacjenci robią odwrotnie. Dla mnie sprawa jest o tyle trudniejsza, że mieszkam praktycznie obok tego uniwersyteckiego, a mam spore kłopoty z przemieszczaniem się.

                                           Szczęście w nieszczęściu: w Belgii pacjent nie jest pozostawiony sam sobie w takiej sytuacji. Nie wiem jak się przedstawia ten problem w innych krajach. Wspomniani wyżej ubezpieczalniani prawnicy będą bronić i reprezentować mój przypadek. Oczywiście nie jestem naiwna; bronią także, a może przede wszystkim, interesu ubezpieczalni, ponieważ to właśnie ona za wszystko płaci. A kwoty są ogromne.

Czy mam szanse na uznanie moich racji? Nie wiem. Cała procedura wg. wstępnych obliczeń potrwa prawie (sic!) ROK.

                                          Czuję się z tym źle i okropnie. Jakby podwójnie pokrzywdzona; nie tylko z powodu ciężkiej choroby, ale także z powodu być może ludzkiej nieuwagi, bezmyślności czy niekompetencji. Jestem rozżalona, rozgoryczona i zwyczajnie ud**iona. Oliwy do ognia dolał kompletny, ale to kompletny brak poczucia jakiejkolwiek winy u chirurga. Arogancja i sprawianie wrażenia, że jest się wszechwładnym i ponad prawem. Ano poczekamy, zobaczymy. A wystarczyłaby chociaż odrobina zainteresowania, współczucia czy próba szukania rozwiązania z jego strony i nie byłoby wcale całej sprawy. Nie jest to bowiem pierwsza nieudana operacja w moim życiu. Niestety. Ale nigdy, przenigdy nie miałam żadnych roszczeń, gdyż ZAWSZE widziałam, że lekarz zrobił naprawdę wszystko co mógł tylko się nie po prostu udało.

 Ach, życie moje…..