Wróciliśmy cali i zdrowi do domu. Niestety nie jestem w stanie opisać moich wrażeń. Muszę jakoś dojść do siebie. We wtorek po południu prawie zmarła moja mama. Sama nie wierzę w to, co piszę. Tylko szybka i naprawdę dobra oraz profesjonalna akcja lekarzy przywróciła akcję serca. Dzięki Wam doktory w szpitalu w Rybniku!
Moja mama nie jest starą, schorowaną staruszką i nigdy, ale to przenigdy nie skarżyła się na serce. Owszem miewa różne dolegliwości związane głównie z wiekiem, ale serce zawsze biło jak przysłowiowy dzwon.
A więc tak szybko i tak nagle wszystko może się skończyć?
Tak po prostu i tak bez ostrzeżenia?
Bez żadnych wcześniejszych znaków i symptomów?
Czy mało masz Boże ludzi naprawdę schorowanych, którzy nie chcą już dłużej żyć?
Naprawdę mało?
Rozejrzyj się do jasnej cholery uważnie dookoła.
Jedno pocieszenie: mama twierdzi, że umieranie jest całkiem przyjemne, tak jakby cały ciężar spadł lub spłynął z ciała gdzieś na ziemię. Nic ją nie bolało.
Ale na razie zwyczajnie muszę trochę o tym wszystkim zapomnieć i trzymać się jakoś jutro w szpitalu.