Siostra pobyła i już odjechała do swojego domu. Mam nadzieję, że się im podobało. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Niestety nie dopisała nam pogoda, gdyż wściekłe, 36 stopniowe upały nie należą do najprzyjemniejszych, a zwiedzanie czegokolwiek w takiej temperaturze jest najprawdziwszym koszmarem. Przynajmniej dla mnie, ale wiem, że istnieją inne indywidua, które uwielbiają wprost takie prażenie się w pełnym słońcu.
Każda wizyta skłania mnie do dogłębnych obserwacji i dywagacji filozoficznych:). Także i ta, of course. A mianowicie jak to jest, że fajne, inteligentne i rozgarnięte dziewczyny tak BARDZO CZĘSTO poślubiają lub wiążą się z tak beznadziejnymi facetami?
Nie chodzi mi w żadnym przypadku o wygląd, ale o brak charyzmy, zainteresowań, nudziarstwo i generalnie totalną beznadzieję i to pod każdym względem. Niestety. Jej mąż prawie niczym się nie interesuje, nic go specjalnie nie obchodzi i nie zastanawia; nic nie cieszy i nie martwi; nic nie ekscytuje i nie irytuje. Taki zombie. Potrafi cały dzień przesiedzieć w ogrodzie zajmując się paleniem papierosów. Nie żartuję, prawie cały dzien.
Addict najprawdziwszy i jeżeli tak dalej pójdzie to umrze on przed 50. Szkoda człowieka, ale szkoda także mojej siostry i jej dzieci.
To właśnie kobiety myślą, organizują, planują i realizują później te plany. Są generalnie i „sterem, i żeglarzem, i okrętem”. O tym, że wszystkie dodatkowo pracują zawodowo nawet nie wspominam. Bronię się przed uogólnieniami, ale jakby polscy mężczyźni są bardziej podatni na tego rodzaju zachowania. Zgodnie z teorią mojej znajomej, kobiety w Polsce zawsze musiały być dzielne, bo jak nie wojna to powstanie, a jak nie powstanie to znowu wojna i to właśnie one przejmowały kontrolę nad życiem, ale na Boga …. od ostatniej wojny minęło już 55 lat do diabła. A d******i faceci ciągle dobrze się mają.
No tak, ale istnieje przecież długi, skomplikowany i pracochłonny proces wychowawczy polegający często i częściowo na, świadomym lub podświadomym, naśladownictwie. Ja sama powtarzam pewne schematy podpatrzone u mojej mamy i to nawet te, które sama ostro krytykowałam. Ironia losu? W ten sposób udręczone, ale „wielkie” w swoim mniemaniu, matki wychowują swoich synów na życiowych idiotów (obawiam się czasami nawet nie zdając sobie z tego sprawy), a ci w efekcie stają się tacy sami jak ich wspaniali ojcowie. Koło się zamyka.
Żeby wszystko było jasne ja wcale nie zarzucam im braku dokonywania czynów godnych Supermana.
Zastanawiam się czy jest to tylko taki popularny przypadek w mojej rodzinie i wśród bliższych oraz dalszych znajomych czy taki ogólny trend światowy?