No bo cóż innego. Idę na najzwyczajniejszą w świecie, kontrolną wizytę do szpitala. Czysta rutyna gdzie nic, ale to absolutnie nic złego mi się nie stanie. Spotkam się na „pogawędce” (wg. mojego męża) z moim profesorem. To jest jeden z najmilszych i najsympatyczniejszych lekarzy jakich w życiu widziałam. A przy tym mądry, wyważony, kompetentny i to the point. Czegóż więcej można oczekiwać? Niczegóż. Żaden, z czasami średnio douczonych, asystentów nawet na mnie nie spojrzy! No way.
A ja co wyrabiam? Nie śpię, nie jem, mam biegunkę. Dobre dla figury, ale nie dla mojego samopoczucia. Jestem cała roztrzęsiona i mam spore problemy z koncentracją. Miewam koszmary, na użytek własny, zwane szpitalnymi. No ludzie.
Nic, tylko zwariowałam kompletnie.
„Gdy spośród gromów słońce się wynurzy,
Cieszą się krzaki jaśminu i róży,
I tylko jeden krzak – nerwów człowieka –
Zmęczony, zwisa po przebytej burzy”.
(MPJ)
W tym szpitalu posiadają także spory oddział psychiatryczny i kto wie może i najwyższa pora na wizytę także w nim?