“Cierpienie uszlachetnia” praktycznie od dziecka słyszałam i to wszędzie taką teorię. Wymyślił ją chyba ktoś, kto tak naprawdę nigdy nie cierpiał. Tego ktosia może czasami bolał ząb lub głowa, ale powtarzam nigdy nie cierpiał naprawdę. Tak samo, głowę daję, że mechaniczną depilarkę do usuwania włosów np. na nogach wymyślił facet.
Cierpię zawsze, bez przerwy, dzień i noc od wielu lat i zgodnie z tą teorią powinnam być człowiekiem najszlachetniejszym na świecie. Samo chodzące dobro i miłość bliźniego. Miód i malina, czy jak to się tam potocznie mówi. NIEPRAWDA. Skoncentrowana i jakby zapatrzona w swoje nieszczęście często nie zauważam bólu i cierpienia innych. Własna choroba potrafi przesłonić naprawdę wszystko i wszystkich. Albo zwyczajnie te cierpienia bagatelizuję. Albo, o zgrozo, zdarza mi się pomyśleć „niech inni także trochę pocierpią”. Straszne? Przestraszne. Zatrważające wręcz. Sama jestem tym przerażona, gdyż tak w rzeczywistości to żadna prawdziwa bitch ze mnie.
Przed kilku laty moja serdeczna przyjaciółka, w wypadku, straciła jedynego syna. Zdrowe, bardzo młode, pełne energii życie zgasło w ułamku sekundy. Cierpienia i rozpaczy mojej przyjaciółki nie podejmuję się opisać. Ale czy przez to stała się ona wrażliwszą osobą? Nie. Wręcz przeciwnie. Jak sama twierdzi, razem ze śmiercią syna, zmarł w niej samej jakiś rodzaj wrażliwości na ludzką krzywdę. Poruszają ją jedynie wielkie katastrofy z tysiącami ofiar, w szczególności dotykające dzieci, jak np. trzęsienie ziemi na Haiti.
„Cierpienie, gniotąc nas, człowieka zmienia w głaz”. To Jan Sztaudynger. Święte słowa.
Ale podobno „czas leczy rany”. Nie leczy. Jedynie je trochę zabliźnia. Czasami wystarczy moment, jakieś słowo czy sytuacja, aby prawdziwie głębokie rany zaczęły krwawić na nowo. Ludzie autentycznie zranieni wiedzą doskonale o czym piszę.
Obie, oczywiście, cierpimy inaczej, a efekty są jakby podobne lub wręcz prawie takie same.
Na dodatek presja społeczna sprawia, że z cierpieniem nie należy się obnosić. Jest ono tak „prywatne”, czy być może nawet tak wstydliwe, że powinno zostać głęboko ukryte. Pytam się gdzie? Wszystko inne, lub prawie wszystko inne jest przecież na sprzedaż. I jak widać sprzedaje się świetnie.
Niedawno w Polsce zmarł, chory na raka, jeden z lepszych aktorów. Nie tylko dobrze grał, ale był także pięknym, przystojnym mężczyzną obdarzonym niezwykłym głosem. Wielka strata. Czytałam z podziwem wprost napisane artykuły, że znosił swoją dolę z prawdziwą godnością. Bo niby jak? Bo trzeba się wkoło uśmiechać i nie pokazywać jak bardzo jesteśmy chorzy? Jak bardzo i czasami desperacko potrzebujemy pomocy? Bo wtedy nie jesteśmy już godnymi ludźmi? Kim więc? Bo być może nie pasuje to do plastikowego, botoksowego świata z szerokim uśmiechem gdzie wszystkie bez wyjątku zęby są idealnie proste, idealnie równe, idealnie zdrowe i idealnie wybielone? I co z tego, są całkowicie sztuczne i tylko na pokaz?
Do diabła z taką godnością. Wypchajcie się wszyscy; byle z godnością.
„Opuściły mnie siły
Radość odeszła bez śladu
Moje ręce błądzą
Nie znajdują rzeczy pewnych
Chciałbym
Aby wzleciał ptak
Aby zaszczekał pies
Szukam dowodów
Że coś jest możliwe”
(Ryszard Kapuściński).