Archiwa miesięczne: Styczeń 2012

Wieści.

                                    Tak na wypadek gdybym miała za mało emocjonalnych przeżyć w ostatnich dniach. Napływają niedobre wieści z Polski dotyczące stanu zdrowia mojej mamy. Lecę.

                                     Na dodatek lecę sama i uparłam się podróżować „normalnie”, a nie jako osoba niepełnosprawna, czyli bez tych wszystkich możliwych ułatwień.

Zobaczymy, co z tego wyniknie.

 

 



Druga strona tęczy.

                      Pies się znalazł. Brudny i śmierdzący, ale cały i w relatywnie dobrej formie.

                 Przeżył kilka dni bez jedzenia i bez picia, w temperaturze -2 st. w nocy w starej szopie na końcu dużego ogrodu daleko od domu. Jak się tam dostał, w jaki sposób opuścił nasz ogród i jak przemierzył ten całkiem spory dystans? Chyba nigdy się nie dowiemy. „Co niemożliwe jest możliwe” mawiał poeta. Uratowało go to, że strasznie skamlał i w końcu ktoś go usłyszał (po kilku dniach!). Dobrzy ludzie zawinęli go w koc, zadzwonili na policję, a ta zawiozła go do kliniki weterynaryjnej. Kiedy go tam zobaczyliśmy to nawet udający normalnie twardziela mój mąż się rozpłakał. Znalazcy odmówili przyjęcia nagrody, a więc zanieśliśmy butelkę champana i te słynne belgijskie pralinki.

               Ostatnie dni kosztowały mnie chyba z 10 lat życia, że nie wspomnę o nowych zmarszczkach oraz nowych siwych włosach.

Dzięki stokrotne za to, że komuś się chciało chcieć.

Nie tacy straszni ci Flamandowie.

 

                            Niestety wraz z upływem czasu jego stan zaczął się drastycznie pogarszać. Przestał chodzić, płakał, robił kupy i siku pod siebie. Straszny, straszny dla nas widok.

                      Zasnął sobie spokojnie, bez bólu, w naszych ramionach w klinice zwierzęcej. Przeszedł na „drugą stronę tęczy” jak najłagodniej się dało.

Łyżka miodu w tej przepastnej beczce dziegciu.

 

„Dokąd idą psy gdy odchodzą? 
No bo jeśli nie idą do nieba 
To przepraszam Cię Panie Boże 
Mnie tam także iść nie potrzeba. 

Ja proszę na inny przystanek 
Tam gdzie merda stado ogonów 
Zrezygnuje z anielskich chórów 
tudzież innych nagród nieboskłonu. 

W moim niebie będą miękkie sierści 
Nosy, łapy, ogony i kły 
W moim niebie będę znowu głaskać 
Moje wszystkie pożegnane psy.”
 

 

                                                                             (Z netu).

 

Koszmar.

                                Prawie nie potrafię tego napisać.
W ubiegłą sobotę wieczorem zniknął z ogrodzonego (specjalnie dla niego) ogrodu, bez najmniejszego śladu, nasz pies. Spędził z nami ponad 16 ostatnich lat swojego życia. Jak może stare (prawie 17 letnie) zwierzę, które ledwo człapało, prawie nie widziało i nie słyszało się ulotnić? Szukaliśmy godzinami i wszędzie, wszędzie, wszędzie; zawiadomiliśmy wszystkie możliwe służby, włącznie z policją, rozwiesiliśmy plakaty z informacją, zdjęciem i obietnicą nagrody. I nic. Nikt go nie widział, nikt go nie słyszał, nikt go nie znalazł.

Przecież nie mógł rozpłynąć się w powietrzu?

Podobno cudów nie ma…. .

                          A ja? Jestem zwyczajnie chora z rozpaczy. Wypłakałam już chyba cały ocean łez. Rozsadza mi głowę, boli brzuch i jelita. Nie mogę nic zjeść. Mam kłopoty z oddychaniem. Biorę silne tabletki nasenne po to, aby spać 2 lub 3 godziny. Nie więcej. Mam wszelkie znane mi symptomy chorób psychosomatycznych. Przełożyłam resztę egzaminów na inny termin, gdyż nawet nie pamiętam swojego nazwiska.
Mój śpiący zwykle jak kłoda mąż przewraca się całą noc z boku na bok i wstaje do pracy o 6 rano zupełnie niepotrzebnie.

Zwyczajny koszmar.

I jak przestać o tym myśleć?

 



Gwiazdka.

 Obdaruj mnie proszęGwiazdka.

 Gwiazdeczką z nieba.


 Taką małą,

 Malutką

 Większej mi bowiem wcale nie  potrzeba.

 

 Przynieś mi gwiazdkę

 Taką maluchną

 A ja ją otulę

 

 

 

 I zaszyję w płótno.

 

I będę ją miała

Będę kołysała

I będzie świeciła

Kiedy będzie chciała.

 
 

Ruchy pozorne.

                                       Dom lśni czystością, pranie wyprane i pokazowo poskładane (co u nas jest raczej niestety rzadkością), obiad skomplikowanie ugotowany, pies wyspacerowany, zalegle telefony, skype i maile uskutecznione i to wszystko po to, aby nie mieć CZASU, by się uczyć do egzaminów.

 

Dużo czy mało?

                       Skończyły się Święta, zaczął Nowy Rok. Skończyło się także dolce far niente pomiędzy nimi. I czy się nam to podoba czy nie, jest to jednak czas przemyśleń, podsumowań i postanowień na przyszłość. Robię tak i ja. Każdy rok od nowa, z różnym skutkiem niestety, jeżeli chodzi o dotrzymywanie czy realizację tychże postanowień.

Ale ad rem:

Postanawiam więc sobie solennie:

Primo: być lepszą dla siebie. Tak, tak dla siebie a nie dla innych i wcale nie jest to egoizm z mojej strony, bowiem ja dla innych JESTEM dobra. Spróbuję popatrzeć na siebie obcymi oczami i zobaczyć te dobre rzeczy i swoje zalety, które oni widzą, a ja za diabła nie. I nie jest to sprawa braku czy źle dobranych okularów. Spróbuję być mniej krytyczną i mniej wymagającą wobec samej siebie. Uwierzyć czasami w jakiś komplement czy dobre słowo uznania pod swoim adresem. Niestety nie potrafię tego robić, a mojemu mężowi często przysłowiowe „ręce opadają”. Będę traktować siebie jak obcego człowieka, czyli miło, grzecznie i z szacunkiem. „Unum bonum est, quo beatae vitae causa et firmamentum est, sibi fidere” czyli: „Jedyne dobro, które stanowi zasadę i fundament szczęśliwego życia, to wiara w siebie” (Seneka). Właśnie.

Secundo: przestanę wreszcie oszukiwać lekarzy. Zmażę ten wieczny uśmiech wiecznej hipokryzji ze swojej gęby i będę mówić w gabinecie „prawdę i tylko prawdę”. Nie jest to proste, gdyż kłamię od wielu, wielu lat, a ja oszustką i manipulatorką pod tym względem jestem wprost nadzwyczajną. I wiem, wiem, że szkodzę głównie sobie samej, ale jak widać głupota ludzka nie zna jednak granic. Na dodatek będę przestrzegać zaleceń lekarskich, zjadać wszystkie leki i nie leczyć się sama.

Tertio: jak co roku, postanawiamy w domu pić mniej wina; w zeszłym dotrwaliśmy aż (tylko?) do marca. Ale z drugiej strony czy butelka wina dziennie do obiadu dla dwóch osób to znowu takie wielkie przestępstwo?

Quarto: będę się częściej i więcej kochać ze swoim mężem. Mam w domu absolutny diament, i to oszlifowany, pod tym względem i pozwalam, aby się głupio i niepotrzebnie marnował.

                                 To by było na tyle. Dużo czy mało? Dowiem się pewnie dopiero w przyszłym roku.