Archiwum dnia: 2 lipca, 2013

Operacja nr 28.

               Lub być może nr 29 lub 27. Sama czasami nie wiem. Tak w zasadzie to jest bez większej różnicy. Na prawej stopie „coś” mi urosło i musi być wycięte, bowiem to „coś” bardzo przeszkadza mi w chodzeniu.

               Ja już nawet nie pytam dlaczego znowu ja. I za co właściwie ta kara. Z losem jestem dawno w jakimś sensie pogodzona. Z naciskiem na „w jakimś sensie”. Raz mniej, raz bardziej, ale jakoś egzystuję. Z naciskiem na „jakoś”.

Nie chcę jednak psuć nam wakacji i będę operowana dopiero pod koniec tego roku.

              Do pionu stawia mnie dotarcie w szpitalu do mojego chirurga. Aby się tam dostać muszę niestety przejść obok onkologii dziecięcej i kto narzeka na swoje życie niech chociaż raz to zobaczy. Te łyse, prawie zielone na twarzach maluchy bawią się często beztrosko, a mnie gardło zasycha i mam ściśnięty żołądek przez następne dwa dni.

Jakie pytania zadają sobie rodzice tych dzieci?

Z czego czerpią siłę?

Do jakich bogów się modlą?

I jacy bogowie ich wysłuchają?

                Widzę ich tam często jak wspierają te swoje pociechy, widzę lekarzy i pielęgniarki poprzebierane w kolorowe fartuchy i czepki. Barwne ściany, rysunki, zabawki, gry komputerowe, balony. Ot, taka namiastka normalnego życia.


 „Wiele trze­ba mo­cy, by umieć żyć wiedząc, jak bar­dzo życie i nies­pra­wied­li­wość są z sobą złączone”. (F.Nietzche).