Kupiłam sobie te osławione Crocsy do chodzenia “po domu”. Że super wygodne, leciutkie, mięciutkie…. . Kupiłam, tak w zasadzie, wbrew sobie, gdyż nigdy mi się nie podobały. Nabyłam, na szczęście, nie te koszmarnie odblaskowe w kolorze różowym lub żółtym, ale czarne z białym paseczkiem. Można się uprzeć, że są gustowne.
No i co?
Po dwóch dniach paradowania w nich „po domu” kostki spuchły mi niemiłosiernie. Na dodatek zaczęły bardzo, ale to bardzo boleć. Zrobiły się czerwone. No cud malina i nic tylko podziwiać! W związku z tym moje niezbyt……. hm rozbudowane łydki (przez niektórych zwane patyczakami) wyglądają jeszcze gorzej. Crocsy stoją więc sobie na półce w piwnicy, 40 euro poszło w błoto, a ja ciągle nie mam butów „po domu”.

No i masz babo przysłowiowy placek:(