Archiwa miesięczne: Styczeń 2014

Ach ten gender.

                    Funkcjonuję sobie w szczęśliwym związku. Kochamy się, rozumiemy i się wzajemnie wspomagamy od lat. Jesteśmy doskonałymi przyjaciółmi i, jak nieraz nasze życie dowiodło, możemy na sobie absolutnie polegać. Oczywiście, jak wszędzie, mamy lepsze i gorsze dni (trzy razy nawet rozstaliśmy się NA ZAWSZE), ale summa summarum jest naprawdę fantastycznie. Zdaję sobie jednak doskonale sprawę z tego, że przewlekle chora żona jest sporym obciążeniem dla zdrowego jak przysłowiowy koń, wysportowanego i silnego mężczyzny. I vice versa zresztą. Wszystkie, powtarzam wszystkie aspekty naszego życia zostały podporządkowane mojej chorobie, leczeniu, szpitalom, operacjom… . Bez jednego słowa skargi czy narzekania.

                  Mój mąż, ponieważ organicznie nienawidzi bałaganu, sprząta z zapałem, prasuje lepiej ode mnie (nawet czasami moje szmaty), myje okna, gdyż lubi wysiłek fizyczny. Zajmuje się ogrodem. Robi duże, tygodniowe zakupy. Jest naukowcem, ale żadne prace fizyczne w domu nie są mu obce. Wręcz przeciwnie.

                Żeby nie było, nie jest ideałem; roztargniony, zapracowany, zapominalski, często nieobecny. Jedzie do racy bez portfela, lub bez prawa jazdy, lub bez telefonu. Lub bez wszystkiego naraz.

No i nie potrafi gotować.

No tak, ale jaki ma to wszystko związek z tym osławionym genderem?

                 Ano taki, że ostatnio naczytał się on polskiej prasy z informacjami o genderze i domaga się równych praw. Dla siebie oczywiście.

Szlag by to trafił.

 


Face lifting.

 Face.Jest piękny.

 Face lifting

 Jest świetny.

 Nie szkodzi, że  drogi.

 Czasami tandetny.

 

 Świat błyszczy

 Migocze.

Kto biedny ten  szpetny.

 

Face lifting

Pomaga.

Face lifting

Upiększa.

Tu doda

Tam ujmie

I ego się zwiększa.


Face lifting

Niech żyje

Niech żyje i kwitnie.


Ja piękna

Ty piękny

 

I psyche nam tyje.

 

  

Adopcja.

                         Nie dziecka, psa czy kota ale……uwaga…… CHOINKI.

Ponieważ, jak się okazuje, nie tylko mnie serce boli gdy trzeba wyrzucić piękną i ciągle żywą choinkę po świętach, powstały w Belgii specjalne parki dla nich. Można tam swoje drzewko zanieść i zasadzić. Później zostanie ono oznakowane i będzie sobie spokojnie rosło aż do następnych świąt. Kiedy te nadejdą można swoje ukochane drzewko ponownie wykopać i postawić w domu.

Pięknie prawda?


                       Choinki można dowolnie i wielokrotnie odwiedzać w ciągu roku. Parki cieszą się coraz większym powodzeniem.

Choinka. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to dobrze, że czasami człowiek słyszy właśnie takie wieści.

 


Weekend.

                  Taki zwyczajny, a taki fajny mimo, że z pozoru nudny. Posprzątaliśmy z grubsza dom, a potem z nieukrywanym smutkiem i nieco nostalgicznie (jak co roku zresztą) rozebraliśmy choinkę. Dzisiaj zostanie bestialsko zamordowana przez służby porządkowe (czy jakoś tak). No mercy.

               Nikt nie dzwonił, ani my nigdzie nie dzwoniliśmy z wyjątkiem urodzinowego skype z moją siostrą. Nikt nas nie zaprosił, ani my nikogo nie zaprosiliśmy. Pogaworzyliśmy, ale także pomilczeliśmy sobie, zaplanowaliśmy letnie wakacje oraz poczytaliśmy zaległą prasę. W tle słuchaliśmy ukochanej muzyki. W sobotę wieczorem piliśmy białe, schłodzone wino. Przepyszne i niedrogie. No i po raz kolejny w trakcie tego picia przez nas wina umarła „La Traviata”. Szkoda jej, szkoda, szkoda.

Mąż pracował tylko trochę w niedzielne popołudnie, a ja w tym czasie czytałam książkę.

Wieczorem zrobiłam naszą ulubioną sałatę.

                 W nocy wiał silny wiatr pomimo tego, że megastorm pozostał w Anglii. Thank you very much wielce szanowny Mister megastormie. Złowieszczo wprawdzie trzeszczały opuszczone w sypialni żaluzje, ale co tam. Nic nie jest człowiekowi straszne jak ma supermana u boku. Ha! Ha!

Było tak sielsko i intymnie, że nawet sex był niepotrzebny, a nawet w jakimś sensie zbyteczny.

Czasami piękno i szczęście ukryte jest w tak małych, prozaicznych, a tak ważnych rzeczach.

No to Amerykę dzisiaj odkryłam.

 

Freedom.

                 Piękne słowo i piękna idea. Być może dla humanizmu najważniejsza. Ludzie oddawali i ciągle niestety oddają za nią życie. Powstały o niej tysiące piosenek i wierszy.

              Ale to są wielkie słowa, a ja odzyskałam wczoraj moją malutką wolność. Wolność domową. Wszyscy zniknęli i znowu jestem sama. Oddycham pełną piersią, a nawet dwiema i zwyczajnie się tą wolnością delektuję. ZALIG! Nie lubię siebie jednak za to, że się cieszę z tego, że człowiek, którego kocham nad życie poszedł w końcu do pracy. Ba, nawet wstydzę się bardzo, przebardzo za te myśli. Wiem także, że za jakiś czas będę tutaj narzekać na swoją samotność, ale aktualnie trwaj chwilo. W tym tygodniu nie mam nawet kinezyterapii, gdyż mój ulubiony oprawca pojechał na narty.

„A tymczasem leżę pod gruszą
Na dowolnie wybranym boku
I mam to, co na świecie najświętsze
Święty spokój…

A tymczasem leżę pod gruszą
A świat obok płynie leniwie
I niczego więcej nie pragnę
Wręcz przeciwnie…”

 

Śpiewała Maryla i miała świętą rację….. 

                                               Skończył się dwutygodniowy martwy sezon i ponownie ruszyły do dzieła szkoły, przedszkola, uniwersytety…. .Życie codzienne wróciło do normy i o dziwo wygląda tak samo jak w zeszłym roku.

                 A jak tak samo durnowato jak w zeszłym roku a także wiele, wiele lat wstecz się temu nieustannie dziwię.