Wyjeżdżamy, a w zasadzie to wylatujemy, na 4 dni do Berlina. Mąż jedzie służbowo, ale tylko na jeden dzień, a reszta to dla nas city trip. Bardzo dziwne, ale obok tego miasta przejeżdżaliśmy jakieś 80 razy i nigdy nie mieliśmy okazji, aby je zwiedzić. Kiedyś do i z Polski, z powodu lepszej drogi, jeździliśmy właśnie przez berliner ring, a teraz z tego samego powodu, jeździmy przez Zgorzelec. To, że mój mąż jedzie na zaproszenie jest tym milsze, że jego koszty podroży i pobytu nie spoczywają na naszych barkach. Yes!
Podróże…… . Gdybym była zdrowa to podróżowalibyśmy częściej, a także dalej. O ile jednak za samolotem specjalnie nie przepadam, kocham wprost długą jazdę samochodem. Lubię kiedy myśli krążą bezładnie zaczepiając się na mijanych po drodze miastach, domach, drzewach. Często zastanawiam się kto w jakimś domu mieszka, jakie ma życie i czy np. jest szczęśliwy. Lubię szum silnika samochodowego. Lubię nawet to bylejakie jedzenie w autostradowych barach i zgaduję, zwykle bezbłędnie i nie podsłuchując, jakiej narodowości są spotykani tam ludzie. Podczas długiej jazdy świetnie wietrzy mi się głowa bez otwierania okna.
Lubię tę ciszę pomiędzy nami, a także to, że często śpiewamy w samochodzie wydzierając się niemiłosiernie.
No i ZAWSZE kochałam te piosenkę.