Archiwum dnia: 17 listopada, 2014

Niecodzienny ślub.

                  Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w ślubie dwóch mężczyzn. Niby nic wielkiego, ale jeszcze nigdy się mi to nie zdarzyło. Skromna uroczystość odbyła się w tutejszym urzędzie, potem był obiad i party aż do rana.

                 Jeden z biorących ślub to student mojego męża, właśnie obronił doktorat i dostał stałą pracę. Drugi jest wykładowcą w tutejszej szkole wyższej. Obaj wykształceni, inteligentni no i cholernie, cholernie przystojni. Idylla? No prawie. Zabrakło rodziców jednego z nich uporczywie negujących związek syna. Panowie są razem w szczęśliwym stadle 10 lat i teraz postanowili się pobrać.


Dlaczego dopiero teraz?

Właśnie.
               Z prostej, ekonomicznej przyczyny: aby mogli po sobie dziedziczyć. Inaczej się nie da. Ot, bezlitosna proza życia. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeden z nich ma raka. Nowotwór, aktualnie pod kontrolą, jest z tych raczej agresywnych i jest spora szansa, że powróci. Chociaż wiadomo, że nadzieja umiera ostatnia.

             
                Przyjęcie było świetne, jedzenie wyborne, a zabawa przednia. Znakomita, nowoczesna muzyka. Sporo uczestników homoseksualnych, ale oczywiście nie tylko. Sporo multi-kulti.
Jeszcze nigdy w nie spotkałam tylu tak doskonale ubranych, czy wystylizowanych (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i niezwykle wprost szczupłych facetów w jednym miejscu.
Czasami nie mogłam wprost oderwać wzroku. Balsam dla oczu. Moich, of course. Mogliby ci hetero czasami brać przykład. I piszę to całkiem serio.


Ja to zawsze wiedziałam, ale miło było otrzymać potwierdzenie.
Miłość nie zna ani granic, ani kolorów, ani ras. Ani płci.

              „Śmierć jest mi­nimum. Mi­nimum wszys­tkiego. Pod­czas tych godzin, gdy jes­teś tak blis­ko dru­giej oso­by, z dwoj­ga niemal sta­jecie się jed­nym… Mi­nimum… Miłość jest śmier­cią: śmier­cią odrębności, śmier­cią dys­tansu, śmier­cią cza­su. W trzy­maniu się z dziew­czyną za ręce naj­piękniej­sze jest to, że po chwi­li za­pomi­nasz, która ręka jest Two­ja. Za­pomi­nasz, że są dwie, nie jedna”. (Z netu).