Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w ślubie dwóch mężczyzn. Niby nic wielkiego, ale jeszcze nigdy się mi to nie zdarzyło. Skromna uroczystość odbyła się w tutejszym urzędzie, potem był obiad i party aż do rana.
Jeden z biorących ślub to student mojego męża, właśnie obronił doktorat i dostał stałą pracę. Drugi jest wykładowcą w tutejszej szkole wyższej. Obaj wykształceni, inteligentni no i cholernie, cholernie przystojni. Idylla? No prawie. Zabrakło rodziców jednego z nich uporczywie negujących związek syna. Panowie są razem w szczęśliwym stadle 10 lat i teraz postanowili się pobrać.
Dlaczego dopiero teraz?
Właśnie.
Z prostej, ekonomicznej przyczyny: aby mogli po sobie dziedziczyć. Inaczej się nie da. Ot, bezlitosna proza życia. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeden z nich ma raka. Nowotwór, aktualnie pod kontrolą, jest z tych raczej agresywnych i jest spora szansa, że powróci. Chociaż wiadomo, że nadzieja umiera ostatnia.
Przyjęcie było świetne, jedzenie wyborne, a zabawa przednia. Znakomita, nowoczesna muzyka. Sporo uczestników homoseksualnych, ale oczywiście nie tylko. Sporo multi-kulti.
Jeszcze nigdy w nie spotkałam tylu tak doskonale ubranych, czy wystylizowanych (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i niezwykle wprost szczupłych facetów w jednym miejscu. Czasami nie mogłam wprost oderwać wzroku. Balsam dla oczu. Moich, of course. Mogliby ci hetero czasami brać przykład. I piszę to całkiem serio.
Ja to zawsze wiedziałam, ale miło było otrzymać potwierdzenie. Miłość nie zna ani granic, ani kolorów, ani ras. Ani płci.
„Śmierć jest minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jesteś tak blisko drugiej osoby, z dwojga niemal stajecie się jednym… Minimum… Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu. W trzymaniu się z dziewczyną za ręce najpiękniejsze jest to, że po chwili zapominasz, która ręka jest Twoja. Zapominasz, że są dwie, nie jedna”. (Z netu).