Monthly Archives: March 2015

Prague konec.

Nadal jesteśmy w Pradze, a nie w jakieś tam Wenecji:

Prague.

 

Słynny Zamek na Hradczanach:

Prague1

 

Prague2.

 

Prague3.

Wejście do niego oraz….

 

Prague4.

….widok na miasto.

 

Równie słynny Wyszehrad.

Prague6.

 

Oraz słynni Czesi:

Prague7.

 

 

Prague8.

(Niestety, niestety zabrakło nam czasu i sił na wizytę u Havla).



No i słynny praski zegar astronomiczny:

Prague9.

 

Uffff… .

Praha wrażenia.

                     Tak więc naczytałam się i nasłuchałam ochów i achów o tej Pradze bardzo dużo, ale to co zobaczyłam przeszło jednak moje oczekiwania. Miasto jest przepiękne. Zauroczyło mnie po prostu wszystko: architektura, komunikacja, przestrzeń, którą zapewnia znakomicie zresztą zagospodarowana, rzeka. Tolerancyjnie i bezpiecznie. Czysto, czysto i jeszcze raz czysto. Przy, niestety, bardzo zasyfionej Brukseli, Praga przypomina salę operacyjną. No dobrze, przypomina „coś” w rodzaju sali operacyjnej. Na dodatek Staré Město to jest jedna wielka, pachnąca restauracja ze świetnym jedzeniem i profesjonalną, przemiłą obsługą.

                         Piwo i wino leją się strumieniami, ale jakoś nawalonych gości nie spotkałam. Nawet późno w nocy.

Jeszcze nie sezon dla Anglików?

                   Na starym mieście zauważyłam jedno divadlo za drugim i jedną jazz cafe za drugą. Jak to jest, że tam one egzystują, a w kraju w którym mieszkam można tylko o nich pomarzyć?

Wie ktoś?

                W restauracjach, dla kogoś kto zarabia w Belgii, ceny są wprost fantastycznie niskie. Trzeba jednak, podobnie zresztą jak w Polsce, bardzo pilnować swojego talerza i kieliszków. Kelnerzy, niezwykle bystrzy, spostrzegawczy i szybcy natychmiast wszystko zabierają i sprzątają nie czekając aż towarzysz przy stole skończy jeść. Zdecydowanie wbrew tutejszej etykiecie. Uważam, iż grzeczniej jest czekać aż wszyscy skończą posiłek. Także u siebie w domu.

                 Język angielski, i to na całkiem dobrym poziomie, jest wszechobecny, a na ulicach najprawdziwsza Wieża Babel. Najrzadziej słyszałam czeski, a szkoda. Język ten naprawdę mi się podoba, a czeski akcent całkiem dobrze się miewa w języku angielskim. Ładnie brzmi.

Słyszałam także polski. Panowie Polacy z obowiązkowo groźnymi minami.
Sporo (generalnie fałszywych) Bruberry szali oraz Louis Vouitton torebek. 98% Rosjanie.
Belgowie pijacy kawę lub herbatę z nieodzownymi łyżeczkami w filiżankach. Potrafią zdjąć okulary, kiedy łyżka im przeszkadza, ale jej (znaczy się łyżeczki) nie wyciągną. Za nic w świecie. Wiem, gdyż widzę to codziennie.

Japończycy nierozpoznawalni, gdyż w większości w maskach.

                Według znanego, polskiego noblisty-słowotwórcy „istnieją plusy dodatnie i plusy ujemne”. Tych ostatnich, pomimo usilnych poszukiwań, nie znalazłam. No chyba, że się jest kaczką. Uważam je za przepiękne stworzenia…..ale żywe. W Pradze w niemalże każdej restauracji zauważyłam danie z kaczki pod różnymi postaciami. Długiego života tam one nie mają

Wróciliśmy do domu w niedzielę około 18. Mój mąż przepakował walizkę, połknął kanapkę, wziął prysznic i już o 23. wylądował w Zurychu. Można powiedzieć, że prawie, PRAWIE przesiadł się podczas lotu samolotów.

              Jestem więc sama i dobrze, gdyż muszę podróż odchorować. Zalogowana na sofie mam gorączkę, dreszcze, opryszczkę i taki ból kości, że praktycznie nadaję się do szpitala. Ale na razie postanowiłam odczekać żywiąc się starym chlebem, parówkami i jajkami. Na szczęście mam kawy i wina pod dostatkiem, podejrzewam więc, że jakoś przeżyję.

To chyba tyle.

Ahoj.
No i brawo, brawo Češi!!!!

 

Praga.

                  Wylatujemy jutro na city trip do tego (ponoć) pięknego miasta. Wizyta w Pradze była od zawsze marzeniem mojego męża, a więc a dream come true. Czasami. Tylko czasami. Ale jednak.

Podróż jest moim prezentem dla niego z okazji urodzin.


                BTW, całkiem, całkiem sprytna baba ze mnie. Obdarowuję bowiem prezentami, za które sam obdarowany płaci. Fajnie 😉


Wredne szmaty….

 ……. posiadam.

Naprawdę. Na szczęście nie wszystkie, ale niektóre utrudniają mi życie jak tylko mogą. Ciekawostką jest to, że są to zawsze te same szmaciska.

               Na pierwszym miejscu w rankingu wredności znajduje się moja ukochana, jedwabna koszulka w morskim kolorze. Kolor ten, według zgodnej opinii, pięknie harmonizuje z kolorem moich oczu;) Ale co z tego skoro koszulka za każdym razem się poplami. Sama rzecz jasna. W poniedziałek byłam umówiona na z moją przyjaciółką na lunch, przed samym wyjściem postanowiłam jeszcze raz umyć zęby i….. no właśnie wielka plama pasty do zębów pojawiła się na koszulce. I nie, wcale nie w miejscu niewidocznym pod marynarką, ale na samym, samym środku. W pośpiechu próbowałam plamę usnąć, ale tylko tragicznie ją rozmazałam. Uratowałam się chustką przykrywającą haniebny wygląd. Ta koszulka robi mi to ZAWSZE.

               To samo robią bliskie mojemu sercu szare spodnie rurki. Ostatnio byliśmy w ulubionej, tunezyjskiej restauracji. I co? Kawałek pysznego kurczaka wylądował na moich kolanach. Spodni tych nie udało mi się nigdy, bez prania i odplamiania, założyć dwa razy.

Paskudna jest także jedna z apaszek (plamy z ) nie do usunięcia idem ditto biała, bawełniana koszulka w czarne paski.

Ubrania te wcale nie doceniają troski o nie. Piorę je w delikatnych proszkach, dopieszczam soupliną i prasuję delikatnie. Za nic, dosłownie za nic mają moje starania.

              No i jest jeszcze ten niezwykle złośliwy wisiorek. Mały kurdupel, z białego złota z turkusem.  I chociaz ma do towarzystwa identyczny pierścionek wiecznie się gubi. Niedawno ukrywał się pod sofą w salonie przez całe trzy tygodnie. Znalazł go w niedzielę mały, raczkujący chłopczyk o mało nie połknął. Super.

              Na koniec prawdziwy rarytas. Wszelkie prace domowe wykonuję w gumowych rękawiczkach i …….zawsze gubię tylko jedną. Lewą. Tylko i wyłącznie lewą. W efekcie mam na stanie 7 rękawiczek prawych i ostatnią lewą oczywiście.

Ktoś chętny?

Wyślę za darmo rękawiczki w gustownym różowym kolorze. Prawe.


Telewizor noktowizor.

“- Telewizor chodził od rana do wieczora. Zdarzało się, że nawet do północy. Dla mnie to było bardzo męczące. Zamiast odpoczywać w ciszy i spokoju, musiałem słuchać filmów, reklam czy meczów – opisuje. Dodaje, że nie jest przeciwnikiem telewizji, bo przecież sam w domu ma odbiornik. – Ale nie patrzę w niego przez cały boży dzień – mówi. Jego zdaniem akurat w szpitalu lepiej już by było bez telewizorów. – Niech będzie na świetlicy, ale nie w sali – uważa.”

To cytat z wczorajszej „Gazety”.

              Byłam ponad 40 razy w szpitalu i, gdyby taka sytuacja miała miejsce, oszalałabym. Co za szczęście, że tutaj mogę wybrać pojedynczy pokój, który także posiada telewizor, ale ja sama decyduję co i kiedy oglądam. Czyli w praktyce, poza wiadomościami, prawie nic.

              Ale ja generalnie kocham ciszę, dobrą muzykę i lubię słyszeć własne myśli. Jazgot, w szczególności reklam, doprowadziłby mnie do obłędu chyba.

              Uważam, że w kilkuosobowej sali szpitalnej telewizora nie powinno być wcale. Jednakowoż oglądanie telewizji dla tych, którzy z jakiś powodów muszą to robić, należałoby być udostępnione. Podejrzewam, a nawet jestem pewna, że jeżeli ktoś kiedyś był bardzo chory i naprawdę cierpiał to przyzna mi rację.


Zalando.

                 Przez Internet kupuję całkiem sporo, ale z Zalando miałam styczność po raz pierwszy. W sobotę wieczorem wypatrzyłam tam śliczną, czerwoną, kurteczkę ze skóry. Kliknęłam więc na nią i zamówiłam.

I co? Już dzisiaj rano zadzwonił do moich drzwi listonosz przynosząc mi to cudeńko. Byłam w pozytywnym szoku, że można działać tak bardzo szybko.

Czyli hip, hip hura Zalando.

 

P.S.

Przysięgam najprawdziwiej w świecie, że nie jest to wpis sponsorowany.