Monthly Archives: May 2015

Pytanie nr 9.

            Za chwilę wyjdę z domu. Uwaga w płaszczu. Tak właśnie w płaszczu. I z parasolem.

Jest 28. maja, a u nas w domu działa od rana ogrzewanie.


Czy ktoś może wie, jaka aktualna panuje pora roku?


Apel. 7

                    Tym razem polityczny. Chociaż politykę mam w genach i wyssałam ją z mlekiem matki (pomimo tego, że mama mnie piersią nie mogła karmić) to na blogu staram się trzymać z dala od niej. Od polityki znaczy się.

                  Ale nie tym razem. I to wcale nie dlatego, że po kryjomu pracuję dla jakiegoś sztabu wyborczego. Nie, nie. Kierują mną tylko i wyłącznie: moja wredna natura oraz egoistyczne, egocentryczne oraz partykularne interesy. Moja najbliższa rodzina w Polsce zapowiedziała bowiem zgodnie, że jeżeli prezydentem zostanie przeciwnik aktualnego to wszyscy, powtarzam wszyscy się pakują i przyjeżdżają do nas. Wyremontowany dom zobaczyli na zdjęciach i …….jadą. Co przezorniejsi zaczęli już niejakie przygotowywania.

A teraz ad rem, czyli kogo możemy się ewentualnie spodziewać:

– W moim rodzinnym domu mieszka 5 dorosłych osób. Każda z nich ma własną, prywatną kurę (na szczęście przepyszne zresztą jajka są wspólne). Do tego dochodzi cudny, ale niezwykle żywotny i hałaśliwy, mały psiak. Są jeszcze dwa koty i 24 rybki w jeziorku ogrodowym.

Gdzie ja to wszystko zmieszczę?


Ale to dopiero początek.

– W domu mojego męża przebywają 4 dorosłe osoby w tym 92 letnia staruszka i dziewczyna niesprawna fizycznie. Ale nic to. Wszystkich przebija wielki, leniwy i spasiony do granic możliwości czarny labrador. Leży on ZAWSZE w wejściu do kuchni i już wyobrażam sobie siebie jak zgrabnie i z gracją przez niego przeskakuję niosąc np. gorące talerze czy też wykwintne sałatki, w czym tamtejsi domownicy doszli niemalże do perfekcji.

– W ostatnim domu mieszkają, na szczęście, tylko dwie dorosłe osoby oraz żółw.


Z nich wszystkich tylko ten ostatni by mi jakoś specjalnie nie przeszkadzał. No i te smaczne jajka ewentualnie.

Got the picture?

Tak więc RATUJCIE!!!!!!

BŁAGAM.

 

W chałupce.

                   Wykończona, zmęczona nieludzko, zdechnięta, objedzona i opita do granic możliwości, ale przeszczęśliwa wróciłam do Belgii. Pokonaliśmy trasę do domu za jedną razą, a więc moje ciało, zgodnie z przewidywaniami zresztą, odmówiło posłuszeństwa. Leży, boli i prawie się nie porusza. Wredne.

                   W Polsce było cudnie, bardzo, bardzo wesoło i na luzie. Wygadałam się i wyśmiałam na jakieś pół roku. Pogoda świetna, gdyż nie za gorąco. Autostrada, także w Niemczech, bez jednego nawet korka. Niewiarygodne. „Co niemożliwe jest możliwe”. Jednak.

Rodzina uśmiechnięta i w dobrych nastrojach.

                Familia ma się generalnie rzecz ujmując całkiem dobrze. Jedni walczą z czasem, inni z życiem, a jeszcze inni sami ze sobą. Z rzeczy przykrych: jeden z bratanków męża, któremu oględnie powiedzmy pomogliśmy w życiu ISTOTNIE finansowo kiedy studiował, właśnie został ojcem nawet nie zawiadamiając nas o tym wydarzeniu. O zaproszeniu nawet nie wspominam, chociaż byliśmy oddaleni o jakieś 10 km od jego domu..

Ot, taki lajf oraz taka wdzięczność ludzka.

                Inni, chyba oszczędzają (chociaż wcale nie muszą oszczędzać na niczym) na praniu. Cztery dni, CZTERY dni w tej samej koszuli. Koszmar i bleeee jak dla mnie.


               Bardzo fajnie w Polsce zmienia się kuchnia na smaczną oraz na różnorodną. Jedliśmy naprawdę przepyszne i oryginalne potrawy. Mniam, mniam. Przesłałam sobie do komputera kilka ciekawych przepisów kulinarnych. Odkryłam, że moja siostra ma najprawdziwszy w świecie talent w tej dziedzinie. I oby tak dalej.

Btw, mąż przytył na wyjeździe 3 kilo. I w tym temacie nie ma się z czego cieszyć, chociaż JESZCZE gruby nie jest.

                 Obejrzałam troszeczkę polską telewizję i podziwiam Was ludzie, że jesteście w stanie znieść to puste gadanie. (Ha, ha). Te ględzące bez końca, bez sensu i bez namysłu różne Miecugowy doprowadziłyby mnie do rozpaczy oraz do głębokiej depresji.

Nawet zataszczono mnie na wybory, ale nasz kandydat (na razie) nie wygrał.

No to chyba tyle. Idę sobie pocierpieć.

 

„Ma­wiają: ” Wy­jedź, od­pocznij, zmień śro­dowis­ko – a za­pom­nisz o prob­le­mach ”
….
Zgadzam się z tą tezą w stu pro­cen­tach… Tyl­ko dlacze­go nikt mnie nie up­rzedził, że później­szy powrót do rzeczy­wis­tości od­czu­wa się ze zdwo­joną siłą?” 

                                                                                             (Z netu).


 



Witom Was ciotko.

                               Tak się kiedyś, w dawnych czasach, witało na Śląsku swoją ciocię. Dokładnie właśnie w ten sposób okazywało się szacunek innym w czasach kiedy żyła np. moja babcia.

Babcia ze swojej strony każdy dzień witała dziadka, po jego powrocie z pracy, słowami: witom cie z roboty.

Brzmi to być może śmiesznie i nikt już tak oczywiście nie mówi, ale ja wprowadziłam „obowiązek” takiego powitania mnie dla moich siostrzeńców. Chłopcy z ochotą i z entuzjazmem na to przystali. Mąż Ślązakiem nie jest, więc zrezygnował z “witom was ujcu”.
Dlaczego o tym piszę?

                          Ano dlatego, że jutro wyruszamy do Polski. Cieszę, cieszę się bardzo chociaż wiem, że już po 200 kilometrach będę prawie nieżywa, ale musimy w piątek dotrzeć do pięknego miasta Dresden. Tam zjemy w ulubionej restauracji, przenocujemy i ruszamy do Rybnika.

                        Witajcie zatem na inauguracyjnym obiadiedzie: kluski śląskie, witaj przepyszny rosole, kochane rolady i witaj modro kapusto z boczkiem. Mniam.

                         W ciągu 10 dni 3 razy zmienimy miejsce pobytu. Wszędzie będziemy witani miło, gościnnie i jedzeniowo powiedzmy. Mój żołądek i moje flaki odpowiedzą na ten nadmiar jedzenia i na zupełnie inne pory posiłków, buntem oraz bólem. Ale nic to.
Jadę.

 

“Kiedyś na Ślonsku


Kiedyś na Ślonsku cołkimi dniami,
bjoły hanysy sie z gorolami.
Z godki szło poznać kery je kery,
bezto sie prali jak indjanery.

Chłopy z chłopami, baby z babami,
tłokli sie solo i rodzinami.
Chude szkelety, wyżarte byki
furgaly kable i scyzoryki.

Różne tu boły łomoty i trzaski,
lamynty, przeklyństfa, skomlynja i wrzaski.
W końcu Pon Boczek te larmo usłyszoł,
poważnie sie wnerwioł i wszystkich wymiyszoł.

Malice doł Zynka, Zbychowi doł Hajdla,
wcisnoł gorola rodzinie łod Zajdla.
Hanysa kupjoła se baba z Rzeszowa,
wdowa po jednym górniku z Knurowa.

Jygna łod Dziubów wyszła za wdowca
co Gierek w aktówce go przywióz ze Sosnowca.
Ginter kobjytka wzion se z Czeladz,
Pon Boczek pedzioł: że se poradzi.

Ksiegowo Kowalsko co mieszko w bloku
dostała Hanysa banioka z przetoku.
Zep z warszawiankom krótko jest w związku,
a juz zajyżdżo dziołcha po ślonsku.

Bajtle zaś łod nich próbują mówić
i choć to krojcoki dajom sie lubić.
Małe hanysy lubiom fandzolić
jak chcom znerwować małych goroli.

I teroz już wszyndzie, w kościele i szkole,
som i hanysy, som i gorole.
Jedni chcom drugim sie przypodobać,
bo hanys chce mówić, a gorol godać”.

 

                                                                   (Wiersz: slask)