Poszukiwania.

Poszukiwania.   Omotana

 w pajęczynę           zmęczenia.

 Szukam

 Oddechu.

 Szukam

 Radości

 I zorzy polarnej

 

 Zmęczona 

 Życiem podanym na

tacy

 Słowami bez znaczenia

 Gestami bez gestów

I uśmiechami bez uśmiechów

 

Szukam

I szukam

Zapomnienia.

 



Sitges, a LGBT.

                      W tym czarującym miasteczku rezydowaliśmy. Piękne miejsce, położone nad Morzem Śródziemnym ( i zwane jego perłą), jakieś 35km na południe od Barcelony. Sitges jest fajne, barwne i turystyczne. Posiada naprawdę uroczy nadmorski bulwar pachnący morzem, jedzeniem i cavą (uwielbiam).


Zdjęć nie umieszczam, gdyż nasze są beznadziejne, a te na Googlu dużo lepsze.


                   Zaskoczyło mnie jednak coś innego. Sitges jest światową stolicą ruchu LGBT co jest widoczne na każdym kroku. Występuje tu pełna symbioza ludzi homo, hetero i trans. Każdy chodzi swobodnie i jest zwyczajnie sobą bez narzuconych ograniczeń. Żadnych animozji, potępienia czy niezdrowej sensacji. Serce i wiara w człowieka rośnie.

Sprawa jest tak normalna, że żaden znak pokoju nie tutaj jest potrzebny.


Co ciekawe wszystko to się dzieje w katolickiej, czyli programowo nietolerancyjnej pod tym względem Hiszpanii, a dokładniej w Katalonii.

                            A to portret (pomnik w Sitges) i zdjęcia upamiętniające gejów, którzy zginęli właśnie za to, ze byli gejami.

 

Sitges.

 

Sitges1.

 



Hiszpanio…..

                  Przylecieliśmy do Belgii marząc o jakiś 20° i o deszczu, a tu niestety niespodzianka. I co? Ano nico. Gorąco prawie jak w Hiszpanii.

                  Hiszpania z całą pewnością jest przepięknym krajem. Widoki, wybrzeże Morza Śródziemnego, cudne małe, białe miasteczka, bagaż kulturalny i artystyczny czy rozlegle i CZYSTE plaże to zwyczajnie bajka. Śródziemnomorska, pachnąca morzem i oliwą kuchnia niezwykle przypadła nam do gustu. Wyjątkowo smaczna i zdrowa. Nawet zakochałam się w nowym dla mnie smaku Salasa Romanesco i zamierzam go wprowadzić na naszego menu. Przekąski typu tapas są naprawdę znakomite, a także genialne w swojej prostocie. Niestety kilkugodzinna sjesta nie specjalnie przypadła nam do gustu. Zwyczajnie nie jesteśmy przyzwyczajeni do spania w samym środku dnia.

               Także dom, który wynajmowaliśmy okazał się świetny i równie świetnie położony.


Ale…… na miejscu trzeba zapomnieć o francuskiej uprzejmości, życzliwości czy o francuskim szyku i elegancji. Hiszpanie są zwyczajnie średnio mili i średnio fajnie ubrani. Nie ma także specjalnie ładnych kobiet czy mężczyzn. Wręcz przeciwnie. Sporo z nich jest otyłych i zwyczajnie brzydkich, bardzo opalonych. Podejrzewam, że jest to wina klimatu i nadmiaru słońca.


               Kelnerzy często mają humory i okazują je klientom bez najmniejszej żenady. Bywają wręcz niegrzeczni i wściekli widząc kartę kredytową. My nie jesteśmy skąpi (a wręcz szczodrzy na wakacjach) i zostawiamy napiwki zawsze kiedy jesteśmy zadowoleni z serwisu. Nawet płacąc kartą. Takim zachowaniem sami sobie strzelali w stopę, gdyż widząc ich zachowanie nie zostawialiśmy nawet centa. Wielokrotnie żegnani złowieszczym spojrzeniem i „cichym” f*cking English. Ha, ha..

                    W naszej miejscowości psy czasami szczekały w nocy przez kilka godzin BEZ PRZERWY i jakoś nikomu to nie przeszkadzało (chyba tylko my jedyni nie mogliśmy spać). Czyżby ten naród był głuchy?

Vive la Belgiuqe, gdyz tutaj w nocy cisza jak z tym przysłowiowym makiem.


                  Język angielski stoi na żenującym poziomie lub …nie ma go wcale co chyba nie najlepiej świadczy o hiszpańskiej edukacji. Myślę, a nawet jestem pewna, ze trudno byłoby znaleźć nie mówiącego w tym języku młodego Flamanda. Hiszpanów jest takich od groma.
Ja nie twierdzę, że każdy musi znać angielski, ale jeżeli żyje się (i to całkiem, całkiem dobrze) z turystyki gdzie większość porozumiewa się właśnie w tym języku to nieznajomość angielskiego to arogancja i najzwyklejszy brak profesjonalizmu.

Tłumy i tak przyjadą. I zapłacą.


                   Dla porównania: Nasi flamandzcy przyjaciele spędzili prawie 3 tygodnie w Polsce nad Bałtykiem I co? Angielski lepszy lub gorszy, ale powszechny w sektorze turystycznym i żadnych problemów z porozumiewaniem się.


Tak więc wracając do tytułu: Hiszpanio…… miej się dobrze. Rozwijają się jak tylko chcesz w swoim grajdołku, ale na naszą powtórną wizytę raczej nie licz.

Hola.

 

Drzewo.

Drzewo.  Wyrosło pięknie

 Na mojej dłoni.

 

 Zapuściło korzenie

 Aż do samego serca.

 

 Rozwinęło piękne

 Zielone liście.

  

 Obdarzyło mnie

 Białymi kwiatami.

 I zmarło.


 Nieustannie

 

 Podlewane łzami. 




Tête–à–tête.

               Wczorajszy, późny wieczór po wyczerpującym, aczkolwiek przemiłym weekendzie.
Siedzimy sobie popijając (każdy własne) winko.


Mąż znad gazety: Co robisz?


Ja: Myślę.


Mąż: No, no……wreszcie się tego doczekałem (i dostaje w głowę tym co mam pod ręką czyli jakże gustowną oprawką na okulary). OK. Poddaję się. A o czym tak głęboko myślisz?


Ja: O tym, że potrzebuję żakiet w kolorze brudnego różu.


Mąż: W jakim kolorze?


Ja: Brudnego różu.

M: Nie ma takiego koloru.

J: Jest, jest. Wierz mi.


M: Zaraz, zaraz. Wydaje mi się, że cię dwa dni temu widziałem w jakimś różowym żakiecie.


J. Ale to jest ciemno, a nie brudno różowy.


M. Co za problem. Weź ten żakiet i umyj nim podłogi. Będzie jak znalazł.

 

 

Kurtyna.



Ból zmienia ludzi.

Bol.

 

                         I to niestety bardzo, bardzo zmienia. I również niestety zmienia ich na gorsze, na niekorzyść. I niech szlag trafi to popularne „cierpienie uszlachetnia”. Bzdura kompletna.
Zmian na gorsze jestem dobitnym przykładem.
Jak i wiele, wiele innych naprawdę cierpiących ludzi.