Kyoto magic temple.

                Właśnie zaczyna się nowy miesiąc. Mam nadzieję, że będzie on lepszy niż listopad, który w tej części Europy był najzwyczajniej w świecie straszny.

                Na pocieszenie filmik, który zrobił mój mąż podczas pobytu w Japonii. Jest to wejście do jednej z licznych świątyń buddyjskich w Kyoto. Spektakl trwa trzy minuty, po czym licznie zgromadzeni oglądacze są delikatnie, ale stanowczo i oczywiście w białych rękawiczkach, usuwani. Dotyczy to głównie turystów, gdyż zdyscyplinowani Japończycy grzecznie odchodzą sami.

Enjoy!!!!


 https://youtu.be/d_kbjUcRmS0

 

Powrót do przeszłości.

                   Przeczytałam ponownie książkę, którą ukradłam mamie będąc w Polsce, pt. „Znachor” (Dołęga – Mostowicz). Nie myślałam, że dam radę. Powieść jest w końcu stara, pisana archaicznym językiem i niemodna.

                A jednak spodobała mi się ponownie i nieustannie się temu dziwię.

 

Niemoc.

Niemoc. Zupełnie niepotrzebnie

 Uparcie

 I godzinami.

 

 Przestępujesz z nogi na  nogę.

 Zupełnie niepotrzebnie

 Czekasz

 I czekasz

 Marszcząc czoło.

 

Na coś

Czego ja ci dać nie chcę

Nie potrafię

 

Nie mogę.

 

Ademen….

……….to po polskiemu znaczy ODDYCHAĆ. I to właśnie mamy zamiar od jutra robić, jak co roku zresztą, w ukochanej Zeelandii. Wyjeżdżamy na tydzień, a już dzień po powrocie mąż wylatuje do Tokio, a ja do Polski. On, wiedząc jak bardzo źle znoszę samotność, „wysyła” mnie do kraju. Dokładnie tak. Kupił mi bowiem bilet samolotowy i po krzyku.

Ach witaj mi witaj kochana emancypacjo.

                   Tak więc drogie czytaczki mojego bloga, drodzy czytacze oraz ci pomiędzy nimi trzymajcie się zdrowo i ciepło, a ja postaram się odezwać za jakieś 2 tygodnie.


Ciao.


Black & White……

                    ………ślub zaliczyliśmy w sobotę.Tak się składa, że mój mąż pracuje głównie ze studentami robiącymi doktoraty, ślubów więc zaliczamy całkiem sporo. Zostaliśmy zaproszeni i na reception, i na przyjęcie wieczorne. Niestety mój kręgosłup ograniczył nas tylko do recepcji.

                    Party miało się zacząć niezwykle wcześnie o godz. 13.00. Zabierając dwoje pasażerów stawiliśmy się o 13.15. I co? Ano nico. Sala przykościelna zamknięta i ciemna. Z innymi uczestnikami czekamy więc cierpliwie jakieś 30 minut w temperaturze 3°. W końcu zjawia się jakaś obsługa i otwierają. W środku obrzydliwie zimno. OK. Zajmujemy jeden ze stolików i……czekamy. Nic się nie dzieje. Siedzę w płaszczu żałując wydanych pieniędzy na całkiem ładną, w morskim kolorze sukienkę i granatowo – zielony szal. Mija godzina 14.00. Każdy kto był w krajach zachodniej Europy wie, że lunch jest tutaj absolutną świętością i przyzwyczajeniem. Dla mnie także. Zaczyna mi burczeć brzuchu, podobnie zresztą jak współbiesiadnikom. Godz.14.30. Na stół, przy którym siedzi 14 osób wjeżdża: 1 butelka wody, 1 cola i 1 sprite. Rewelacja. Wszystko znika w ciągu jednej minuty. Godz. 15.00. Na nasz stół zostaje dostarczona 1 butelka cavy, 5 (!) maleńkich rogaliczków i kilka pączków. Chryste pomiłuj. Bez skrupułów wykorzystuję pozycję żony szefa i łapię się na 1 (obrzydliwy w smaku) rogalik i dwa łyczki wina. Mąż dostaje jednego, nierozmrożonego do końca, pączka i 0 wina. Dochodzi 16. i zaczyna mi się kręcić w głowie i robić niedobrze z głodu. Niestety tak już mam, że nie muszę jeść dużo, ale muszę jeść często. Inaczej drastycznie spada mi poziomu cukru we krwi. Na dodatek cały czas wydzierają się nieziemsko do mikrofonu liczni księża, biskupi oraz arcybiskupi rodem z Nigerii. Co jakiś czas ludzie wstają i również dra się wniebogłosy: Jesus loves me! Jesus loves me! Powoli zaczynam wierzyć, że Pan Jezus jest najprawdopodobniej głuchy. Na początku wstajemy również my (na znak szacunku), ale po dwóch godzinach tego cyrku solidarnie go ignorujemy. Od rana zjadłam maleńką kromkę chleba i wypiłam kawę na śniadanie oraz przełknęłam tego nieszczęsnego rogalika. Mój żołądek zaczyna się buntować, a ręce mi się zaczynają trząść z powodu braku cukru. Mąż idzie bezczelnie na zaplecze gdzie znalazł jakąś zakurzoną butelkę soku pomarańczowego. Moja wdzięczność nie zna granic. W końcu….

Alleluja! Zjawia się młoda para:

 

Black.

                   Dziewczyna jest przepiękna (nasze zdjęcie zaś beznadziejne i tego nie widać), robi specjalizację z ginekologii, a pan młody pracuje w prywatnej firmie. Chcę przez to powiedzieć, że z całą pewnością nie są to ludzie biedni i stać ich na nakarmienie zaproszonych niemal z całego świata gości. Około godz.16.30. możemy udać się do bufetu po jedzenie, ale żeby nie było zbyt różowo musimy czekać na swoją kolej. Nasz stolik ma bowiem  nr5.

                 Ufffff. Bufet. Bufet, bufet. A tam brak noży, plastykowe talerzyki i troszkę jedzenia: spalony na czarno ryż, krowie żołądki (!), zielona ryba, kurczak i odrobina warzyw. Żadnych przypraw, ale za to wszystko ZIMNE. Ja naprawdę nie muszę jadać na prawdziwej porcelanie i pić z kryształowych kieliszków, ale jako estetka przywiązuję jednak sporą wagę do tzw. oprawy obiadu. Porwałam dramatycznie jednego z ostatnich kurczaków, a także łyżkę i widelec. Dla następnych gości zabrakalo nawet tego i nie pytajcie mnie co jedli ludzie z dalszych stolików. W efekcie niektórzy jedli to świństwo małym łyżeczkami do kawy, której zresztą nie było.

                  Sytuacja byłatak niewiarygodna i absurdalna, że wszyscy dostaliśmy ataku śmiechu. Jedna bardzo już ciężarna kobieta opuściła razem ze swoim partnerem widowisko twierdząc, że zaraz zemdleje z głodu.

Tym razem zabraknie puenty. Nie wiem bowiem co napisać.

 

….chociaż może to, że jesteśmy znowu bogatsi o nowe tzw. doświadczenie życiowe?

 

Tafla życia.

Tafla. Niezwykle delikatnie

 I niezwykle ostrożnie

 

 Stawiam kroki

 Na kruchej tafli

 Życia.


 Szkło niebezpiecznie

 Trzeszczy

 Pod moimi stopami.

 Subtelna tafla ugina się.

I kołysze

Złowrogo.

 

Ale idę dalej

Zaciskając wątłe

Dłonie.

 

Czasami

Odwracam głowę

I patrzę za siebie

 

Co zostawiam?


Gdzie?


I kogo?