Ach, ci Holendrzy.

                    Holandię kocham miłością wierną od jakiś 20 lat i nic nie zapowiada, że ta miłość jakoś może się skończyć. Wręcz przeciwnie. Jest czysto, jest grzecznie, są świetne drogi i jeszcze świetniejsze drogi rowerowe.

               Holendrom udało się to, co nie udało się, niestety, Belgom. Wybrzeże w Zelandii jest chronione, zadbane, niezabudowane, a jednocześnie ucywilizowane (co nie będę ukrywać bardzo cenię i lubię).

Holandia1.

 

Holandia2.

 

Holandia3.

 

                 Na dole w tych „skrzynkach” rosną sobie małże, jeden z największych tutaj i nie tylko zresztą, przysmaków.

 

Holandia4.

 

A teraz widok z hotelowego pokoju: port w Rotterdamie w dzień i w nocy.

 

Holandia5.

 

Holandia6.

 

Przysłowie mówi że: „Pan Bóg stworzył świat, ale Holandię stworzyli Holendrzy”.

Westkapelle – pomnik dla tych, którzy to uczynili.

 

Holandia7.

 

Cdn.

 

Zeeland.

                 Tutaj (ale chyba nie tylko) zbliża się dłuuuuuugi weekend. Fajnie. Wyjeżdżamy do naszego ulubionego zakątka Europy, a mianowicie do Zeelandii w Holandii. Cudne, urocze miejsce, na dodatek bardzo blisko.

               Jedyne co mnie martwi to nienajlepsza niestety prognoza pogody:(

 

Taki lajf….

……..mam fajny..…….bo schody za wysokie, bo schody za niskie, bo schodów za dużo, a winda nie działa, bo słoik za mocno zakręcony, bo siatka z chlebem za ciężka, bo w autobusie nikt nie ustępuje miejsca, bo nie mogę prowadzić samochodu, bo korek w butelce za nic w świecie nie chce z niej wyjść, bo kręgosłup wwierca się w głowę, bo karton z mlekiem jest prawie niemożliwy do otwarcia, bo po przejściu 200 metrów zdycham jak po maratonie, bo ledwo wstaję z łóżka, bo nie mogę się schylić, bo muszę się kochać jak najprawdziwsza staruszka, bo uniwersytecki dyplom służy przecież do zbierania kurzu, bo mogę sobie tylko popatrzeć na te wszystkie piękne buty, bo znów mam gorączkę, bo każdy wyjazd stoi pod znakiem zapytania, bo czasami nie mogę prawie oddychać z bólu, bo żyję i czuję się jak pasożyt, bo……ach.

 

 

Kucharka?

 Kucharka.Zabrała mu serce

 I upiekła w panierce.


 Zabrała mu ciało

 I na pulpety się zdało.

 

 I dusza się nie ostała

 W pierogach wylądowała.

 

 Z resztek wolności

 Ugotowała rosół na kości.

 Z jego życiowego motta

 Zrobiła się Panna cotta.

 

Z ukochanej jego muzyki

Zrobiła pyszne naleśniki.

 

Z męskiej dumy

Utworzyły się kołduny.

 

Ktoś ciekawy zapyta:

 

Co to za szaleństwo?

Przesada?
Głupota?

 

Lub może małżeństwo?

 


Pani Angelo, Panie Donaldzie.

                   Uprzejmie i serdecznie dziękuję za autostradę prowadzącą przez Niemcy na Śląsk. Dzięki niej, po tak długiej i uciążliwej jednak podroży, pewna kość zwana uroczo ogonową, nie weszła mi tam gdzie mogłaby mi niepotrzebnie wejść.

                  Dziękuję również za to, że całkowicie wreszcie zniknęła ta przeklęta granica pomiędzy właśnie Niemcami i Polską. Kto ją przekraczał np. w ubiegłym wieku i czekał tam jakieś 20 h ten wie o czym piszę. Wrrrr… .
A kto narzeka na tę Unię i na to, co w niej panuje niech koniecznie skoczy z okna. Obowiązkowo z co najmniej 9. piętra i obowiązkowo na głowę.

               Wir danken Ihnen herzlich Frau Bundeskanzlerin  oraz wielce szanowny Panie Premierze.

 


Narkotycznego snu…..

…… dzisiaj nie będzie. Szkoda, szkoda, szkoda.

Przyznam się po kryjomu, że czasami jednak rozumiem narkomanów. Ale cicho, sza!

                 „W stanach chorobliwych sny częstokroć odznaczają się niezwykłą plastyką, wyrazistością i nadzwyczajnym podobieństwem do rzeczywistości. Niekiedy powstaje obraz potworny, lecz otoczenie i cały przebieg inscenizacji bywają przy tym tak łudząco prawdopodobne, pełne szczegółów tak subtelnych, nieoczekiwanych, artystycznie zaś tak odpowiadających całokształtowi obrazu, że nigdy by ich nie wymyślił tenże śniący, chociażby takim był artystą jak Puszkin czy Turgieniew. Sny tego rodzaju, chorobliwe sny, zawsze są długo pamiętane i wywierają silne wrażenie na rozstrojonym i już podnieconym organizmie człowieka.”

 

                                                                                           (F. Dostojewski).

 

1232 km.

                    Tyle dokładnie mam do przemierzenia, aby dotrzeć do mojego domu rodzinnego. Sporo, jak dla mnie. Taka podroż to jest najprawdziwsze „Хождение по мукам„, ale cieszę się bardzo. Piszę o tym, gdyż niedługo wybieramy się na tradycyjną pielgrzymkę do Polski.

                 Dom rodzinny…… . często o nim myślę. Duży, wygodny, ładnie położony. Otoczony ogrodem. W ogrodzie, do dzisiaj zachowany, cmentarz dla naszych psów, gdzie co roku pierwszego listopada paliły się świeczki. Rodzice robili to, co rodzice robić powinni. Tak więc miałam ciepło, zapewniony byt, jedzenie na talerzu i nie tylko ich MIŁOŚĆ, a także opiekę i zrozumienie. Szczęśliwe i beztroskie lata. Obok mieszkała cudowna babcia z równie cudownym dziadkiem a ja, jako pierwsza ich wnuczka, otrzymałam od nich niezmierzone wprost pokłady uczuć. Babcia na dodatek była przepiękną kobietą i do dzisiaj żałuję, że nie jestem do niej podobna. Od mojej mamy dostałam jakieś trzy (zasłużone) klapsy w życiu, od ojca żadnego. Otoczyli nas troską i murem, do którego nie przenikały żadne komunizmy, ani inne zło tego świata.
Nas, czyli moją młodszą siostrę i mnie.

                    Ona, zdrowa jak przysłowiowy koń, przebojowa i zdecydowana. Mogłaby być generałem w wojsku. Pracowita i zaangażowana, a istotę kobiecości wyraża w jakiś jeansach i w jakieś bluzie. Zero ozdób i zero biżuterii.  Paliła papierosy, kiedy miała około 6 lat i, niestety, robi to nadal. Urodzony stand up comedian.

                    Ja, delikatna, chorowita, wydmuszkowata. Totalne przeciwieństwa i nadal się zastanawiam, która z nas jest adoptowana. Pisałam wiersze od najmłodszych lat. Czytałam je często rodzicom i psom, które z tej okazji siedziały na krzesłach, a rodzice bili brawo. Biedacy. Szkoda, że ta pisanina się nie ostała, gdyż jak dostanę Nobla z poezji (niestety post mortem) to miałaby sporą wartość. Ale niektóre fragmenty z moich arcydzieł pamiętam:

„Jak bociany wysoko na niebie

 Tak bardzo mamo kocham ciebie”.

Albo:

„Zdechła nasza kura

Została jej tylko dziura”.

       Hmmm.

                          Wspominam z sentymentem przedszkole, szkołę podstawową i liceum. Wszystko łatwo, bez wysiłku, z super ocenami i z tzw. palcem w d**ie (bleeee) co prowadzi mnie dwóch nieuchronnych wniosków:

 – jednak posiadam jakieś pokłady inteligencji

 – lub/i poziom w tych instytucjach był niski.

                         W szkole podstawowej miałam dwóch narzeczonych, którzy odprowadzali mnie codziennie do domu, ale zawsze na zmianę. Prawdziwe jednak zainteresowanie płcią przeciwną objawiło się w liceum. Wtedy to po raz pierwszy całowałam się naprawdę i uznałam to za koszmar. Ku mojemu zdziwieniu jakoś nigdy nie mogłam narzekać na brak powodzenia. Zagadka. Ach, łza się w oku kręci.

                     Potem wyjechałam na studia i w zasadzie opuściłam dom rodzinny na zawsze.

Ależ mnie dzisiaj naszło. Jakaś taka sentymentalna się na starość robię.

                 Wiem, że napisałam laurkę, a życie nigdy nie jest jednowymiarowe przecież. Laurka jest jak najbardziej prawdziwa, a rzeczy tragiczne i złe schowałam bardzo głęboko w szafie. I niech tam leżą.