Ich bin…….

                   ….. ein berliner powiedział wiadomo kto mniej wiecęj na rok przed śmiercią. I trudno się nie zgodzić. Berlin robi wrażenie. Naprawdę. Czym? Wielkością, rozmachem, czystością. English nie stanowi żadnego problemu co jest dla nas ważne, gdyż żadne z nas nie sprechen. Miasto jest jednym, wielkim placem budowy i to co powstaje jest naprawdę imponujące. Po niewiarygodnie zaludnionych Amsterdamach, Paryżach czy innych, obrzydliwie zatłoczonych, Brukselach wydaje się być Berlin miastem pustym na dodatek posiadającym rozlegle, przestronne ulice i całkiem spore parki. No i mieliśmy wymarzoną, piękną i słoneczną pogodę.

Bardzo w tym mieście jest międzynarodowo, ale (tu wiadomość dla ikroopki) interesujących Berlińczyków jak na lekarstwo.… .


Typowy wygląda tak:

Ich6.   

                   Wylądowaliśmy w dawnym Berlinie wschodnim i jadąc do hotelu miałam wrażenie totalnego déjà vu, chociaż generalnie trudno się zorientować w jakiej części miasta się aktualnie przebywa.

                  Dzisiaj jestem, zgodnie z przewidywaniami, totalnie zdechnięta pomimo zażytego nielegalnie kortyzonu. Kortyzon to świństwo nad świństwami oraz parszywa trucizna, ale działa.

                  Na początek wszechobecna historia. Najpierw miejsce upamiętniające zamordowanych przez Nazistów Romów, a następnie krzyże ku pamięci tych, którzy stracili życie przechodząc przez mur.

Ich1.

 

 

 Ich2.

 

A teraz nowoczezsne budynki rządowe:

 

Ich3.

 

Ich4.

 

Galeria „Lafayette”. Myślałam, że znajduje się tylko w Paryżu. Jeżeli ma się do wydania minimum 500 euro to polecam;)

 

Ich4.


 No i ciągle można je wypożyczać!

 

Ich5.

 

Takze w wersji limo.

 

Ich11.

 

 

Następna porcja zdjęć następnym razem:)


 

Voyage, voyage.

                   Wyjeżdżamy, a w zasadzie to wylatujemy, na 4 dni do Berlina. Mąż jedzie służbowo, ale tylko na jeden dzień, a reszta to dla nas city trip. Bardzo dziwne, ale obok tego miasta przejeżdżaliśmy jakieś 80 razy i nigdy nie mieliśmy okazji, aby je zwiedzić. Kiedyś do i z Polski, z powodu lepszej drogi, jeździliśmy właśnie przez berliner ring, a teraz z tego samego powodu, jeździmy przez Zgorzelec. To, że mój mąż jedzie na zaproszenie jest tym milsze, że jego koszty podroży i pobytu nie spoczywają na naszych barkach. Yes!

                 Podróże…… . Gdybym była zdrowa to podróżowalibyśmy częściej, a także dalej. O ile jednak za samolotem specjalnie nie przepadam, kocham wprost długą jazdę samochodem. Lubię kiedy myśli krążą bezładnie zaczepiając się na mijanych po drodze miastach, domach, drzewach. Często zastanawiam się kto w jakimś domu mieszka, jakie ma życie i czy np. jest szczęśliwy. Lubię szum silnika samochodowego. Lubię nawet to bylejakie jedzenie w autostradowych barach i zgaduję, zwykle bezbłędnie i nie podsłuchując, jakiej narodowości są spotykani tam ludzie. Podczas długiej jazdy świetnie wietrzy mi się głowa bez otwierania okna.

                Lubię tę ciszę pomiędzy nami, a także to, że często śpiewamy w samochodzie wydzierając się niemiłosiernie.


No i ZAWSZE kochałam te piosenkę.

 

 

 

O niczym.

              Lub o nikim. Czyli o moim życiu.

– Za oknem plucha. Zima tutaj nie dotarła, słońce świeci, a krzewy w ogrodzie zaczynają kwitnąć. Pomieszanie z poplątaniem.

– Mam nienajlepsze wyniki badania krwi. Podobno da się z tym coś zrobić i podobno na razie nie umieram.

– Zamówiłam przez Internet ulubione spodnie z ulubionej marki „BRAX”. Przysłali szybko i profesjonalnie…..ale zły rozmiar. Zamiast oszczędności czasu….. marnotrawstwo czasu. Spodnie musiałam odesłać i czekam na nową przesyłkę.

– Zmarł mój odwieczny adorator czyli nasz 88-letni sąsiad. Szkoda, gdyż czasami czułam się NAPRAWDĘ piękną kobietą.

–  W prezencie na Walentynki sprezentowałam sama sobie ostre zapalenie oskrzeli. Kaszlę niemiłosiernie wypluwając co jakiś czas kawałki płuc. Chowam je skrzętnie i będę przechowywać dla potomnych. Jako relikwie.

– Pomalutku, ale jednak, rodzi się we mnie pragnienie adopcji nowego psiaka.

 -No i na koniec – nieuchronnie zbliża się do nas armageddon czyli OGROMNY remont domu.


 Voilà.

 

Darkness.

Darkness. Przemieszczam się w głębokiej  ciemności

 Po omacku.

 Wyciągam przed siebie obie ręce.


 Dotykam niedotykalnego.

 Potrącam nieistniejące przeszkody.


 Wołam.

 I wołam.

Cisza.


Nawet echo

Przestało się odzywać.


Jestem….

 …….słaba jak:


        szczypiorek

        słomka

        płatek śniegu

–        mrzonka

        bańka mydlana

 

No to się podniosłam na duchu z samego rana:(

 

Trash people.

                         Wystawa widziana jeszcze w ubiegłym roku w niemieckim Monschau. Robi wrażenie. Wszyscy w codziennym trudzie, drodzy bracia i siostry, systematycznie i solidarnie ją współtworzymy.

 

Trash1.

                                                                                                             

Trash3.

 

Trash4.

 

Trash5.

 

Trash6.

 

 

 

Ach ten gender.

                    Funkcjonuję sobie w szczęśliwym związku. Kochamy się, rozumiemy i się wzajemnie wspomagamy od lat. Jesteśmy doskonałymi przyjaciółmi i, jak nieraz nasze życie dowiodło, możemy na sobie absolutnie polegać. Oczywiście, jak wszędzie, mamy lepsze i gorsze dni (trzy razy nawet rozstaliśmy się NA ZAWSZE), ale summa summarum jest naprawdę fantastycznie. Zdaję sobie jednak doskonale sprawę z tego, że przewlekle chora żona jest sporym obciążeniem dla zdrowego jak przysłowiowy koń, wysportowanego i silnego mężczyzny. I vice versa zresztą. Wszystkie, powtarzam wszystkie aspekty naszego życia zostały podporządkowane mojej chorobie, leczeniu, szpitalom, operacjom… . Bez jednego słowa skargi czy narzekania.

                  Mój mąż, ponieważ organicznie nienawidzi bałaganu, sprząta z zapałem, prasuje lepiej ode mnie (nawet czasami moje szmaty), myje okna, gdyż lubi wysiłek fizyczny. Zajmuje się ogrodem. Robi duże, tygodniowe zakupy. Jest naukowcem, ale żadne prace fizyczne w domu nie są mu obce. Wręcz przeciwnie.

                Żeby nie było, nie jest ideałem; roztargniony, zapracowany, zapominalski, często nieobecny. Jedzie do racy bez portfela, lub bez prawa jazdy, lub bez telefonu. Lub bez wszystkiego naraz.

No i nie potrafi gotować.

No tak, ale jaki ma to wszystko związek z tym osławionym genderem?

                 Ano taki, że ostatnio naczytał się on polskiej prasy z informacjami o genderze i domaga się równych praw. Dla siebie oczywiście.

Szlag by to trafił.