Obietnica.

 Obietnia.Przestań już płakać.

 Worek ze łzami jest przecież

 prawie pusty.

 

 Obejrzyj się za siebie

 Wyciągnij rękę.

 

 Dotknij.

 

 Jestem.

 Nawet kiedy mnie nie ma.

 To jestem.

 

Tyle razy ci mówiłem.

 

Znowu nie słuchasz.

 

Przestań proszę.
Do diabła.

 

Worek ze łzami jest pusty.


Przyrzekam.
Będę się starał

Aby życie nie zapełniło go od nowa.

 

Naprawdę przyrzekam.

 

Już dobrze?

Uśmiechnij się.
Tak na to czekam.

 


Swarovski – crystal beauty.

                     O Swarovskim słyszał chyba prawie każdy. Przyznaję, że nie wiedziałam, że headquarters znajduje się w Wattens, a więc niedaleko naszego domku w Tyrolu. Firma jest ogromna i wbrew temu co myślałam zajmuje się wytwarzaniem nie tylko biżuterii. Podróże JEDNAK kształcą.

                Zawsze mi się wydawało, że wyroby Swarovskiego to kicz (chociaż posiadam kilka całkiem ładnych sztuk), ale nic tego. Zwiedziliśmy muzeum, gdzie wejście wygląda tak:


Swarovski8.

 

 

Swarovski1.


                       No i oglądałam wszystko z zapartym tchem. Magia, bajka, czary i artyzm z najwyższej półki. Cudo.

 

Swarowski2.

 

Swarowski3.

 

Swarowski4.

 

Swarowski5.

 

Swarowski6.

 

Swarowski7.

 

Grüß Gott.

                             Tak więc miałam całkowitą rację. Jeżeli uznać za nudę kliniczny wręcz porządek w parkach, na ulicach, a także w obejściach domowych to Tyrol faktycznie jest nudny. Do tego dochodzą bardzo dobre drogi i wielka na nich uprzejmość z czego niezmiernie się cieszył mój personal driver. Również powietrze jest czyściusieńkie i gdyby nie cyt.”moja chorobliwa wręcz skłonność do prania rzeczy czystych”  to można by spokojnie chodzić w białych spodniach przez co najmniej kilka dni. Widziałam 1,5 metrowe pelargonie i takie same petunie, a ja naiwnie myślałam, że to co hoduję na oknie kuchennym jest okazałe. Ach… .

                      Wszędzie sielsko, anielsko, wiejsko i jak dla mnie kiczowato, ale trzeba przyznać, że Austriakom udało się to, co się udaje w niewielu krajach. Mianowicie Tyrol jest jednakowy i stylistycznie, i architektonicznie. Chapeau bas.

Tutaj domek, w którym mieszkaliśmy no i ja na naszym tarasie.

Tyro.

 

Tyrol4.

 

Tyrol4.

                       Pomimo tego, że żadne z nas spricht kein Deutsch, English jest powszechnie znany i na całkiem dobrym poziomie.

                      Tytułowe Grüß Gott to nic innego jak polskie Szczęść Boże. Ku mojemu zdziwieniu jest to nadal powszechnie stosowane pozdrowienie i to nie tylko na ulicy, ale także w sklepach i restauracjach. Na początku trochę mnie to bawiło, ale później, nie ukrywam, zaczęło jednak irytować.

                     Jedyny minus całego pobytu to restauracje i panujące w nich prawie wszędzie jednakowe jedzenie: mięso, mięso i jeszcze raz mięso. Chyba tam nikt nie słyszał o np. avocado, rucoli, brokułach, bazylii, oregano…..itp. Ryby są prawie całkowicie w menu nieobecne. Odnoszę wrażenie, że każdy w Tyrolu może prowadzić restaurację. Wystarczy zgrilować kawał mięsiwa, dodać do tego 2 kilogramy ziemniaków lub grubych, niedobrych frytek, wszystko ozdobić 2 listkami sałaty i voilà. Gotowe. W porównaniu z wysublimowaną i zróżnicowaną kuchnią belgijską po prostu rozpacz. Nie dziwię się więc wcale, że moje zmasakrowane 8 operacjami flaki odmówiły posłuszeństwa.
Nie dziwię się również, że Tyrolczycy są zwyczajnie bardzo grubi, szczególnie mężczyźni gdzieś tak po 50 toczą przed sobą ogromne brzuszyska. Bleee… .

 

                      Na koniec dodam, że nikt, ale to absolutnie nikt nie jodłował. Kto chce posłuchać typowej, tyrolskiej piosenki wystarczy, że wrzuci jedno euro i zagrają.

 

 

Współczesny bełkot.

Belkot.

 

                    Myślę, że nawet nie trzeba tłumaczyć. 

Współczesny bełkot dotyczy rzecz jasna nie tylko medycyny i sama aktywnie w nim uczestniczę. Biję się w piersi, aż grzmi. Razem z mężem posługujemy się swoistym żargonem polsko/angielsko/flamandzkim. Okropność nie do zrozumienia i moja własna matka była w szoku….hm lingwistycznym. Ja także zresztą jestem i solennie obiecuję poprawę.

Signum temporis?

 


Chorsza….

.……….gdyż chora jestem zawsze. 

          Wczoraj, w związku z tym, że kończą się soldy, pojechałam sobie do miasta. Fajnie, tym bardziej że w autobusie jest aircoZalig! Niestety już po krótkim czasie człapania poczułam „TO”. Nogi zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa, stopy jakby całe w ogniu, kręgosłup również. Wiedziałam, że za chwilę się prawie nie ruszę i po prostu najzwyczajniej w świecie muszę wrócić do domu. Tylko jak?

          Mąż na spotkaniu służbowym w Brukseli, do przystanku daleko, serdeczna przyjaciółka na wakacjach. Zadzwoniłam więc po taxi. Niestety, niestety z powodu remontów (ciągłych) dróg dojazd do miejsca, gdzie siedziałam był niemożliwy. No zwyczajnie d*pa zimna chociaż ponad 32 st.


           Siedziałam więc sobie taka zmarnowana, smutna i nieszczęśliwa czekając na chwilę, kiedy będę mogła się poruszyć…. a tu nagle przechodzi obok mnie wybawca. Nasz znajomy sąsiad. Pomógł mi wstać i odwiózł do domu. Niby nic dziwnego ale….. on wcale nie powinien tam być! Zwyczajnie pomylił drogę i znalazł się niespodziewanie obok mnie.


No i jak tu nie wierzyć w Anioła Stróża? No jak?


             Weekend zapowiada się w związku z tym niezwykle ciekawie. Będę sobie zdychać, a stery domowe oddaję mężowi. Już nie mogę się doczekać tego, co będziemy jedli. Mój mąż, ponieważ ma powiedzmy nikłe umiejętności kuchenne, gotuje „po swojemu” i bardzo kreatywnie. Ostatnio pomieszał ugotgowany makaron, ziemniaki, brokuły i ananas, potem wszystko posypał serem i upiekł w piekarniku. Pychota;) Wytrawny samak + wytrawne, czerwone wino. On nazywa to fusion kitchen.
No cóż, nobody is perfect.

 

Po co?

 Po co.Po co te łzy?

 Kochać przecież trzeba.

 

 Po co cierpienie?

 I rozpacz?

 Po co łąka?
 I kwiaty?

 I pole?

 

 Nie prowadzą wszakże do nieba.

 I po co to niebo kiedy w duszy ciemno?

Po co ja?
I po co ty?

Żyjemy nadaremno?

 

Starość.

                    Nieuchronnie nadejdzie. Bez wyjątku dla wszystkich. Wczoraj późnym wieczorem siedzieliśmy sobie we dwójkę w ogródku. Każde z książką lub z laptopem. Popijaliśmy wolno czerwone winko.

                   Było ciepło, cicho. Sąsiedzi na wakacjach. Świat nagle gdzieś odpłynął. Prawie nic do siebie nie mówiliśmy, a było tak cudnie. Piękna, urocza chwila i piękne to wspólne milczenie. Prawie nie do opisania. Bezcenne są takie momenty, kiedy nic nie trzeba mówić, a wszystko jest oczywiste.

Kochać to zgadzać się na to, by się starzeć z drugim człowiekiem”. (Albert Camus).


Starość… we dwójkę? Chyba się nie boję.