Bardzo lubię to słowo jakże często używane przez Flamandów. W dosłownym tłumaczeniu „zalig” znaczy „błogosławiony”, ale faktycznie znaczy także coś innego.
Kocham to nasze miasto. Niewielkie, ładne, uniwersyteckie, międzynarodowe i bezpieczne. Sporo się tutaj dzieje i to właściwie pod każdym względem. Nie sposób się nudzić.
Jednak najbardziej lubię właśnie aktualny okres trwający około 3 tygodni. Od poniedziałku zaczęły się tutaj tzw. bouwvakantie czyli wakacje budowlane, a trzeba wiedzieć, że jest to naprawdę ogromnie znaczący dział gospodarki w Belgii. Budownictwo wyjechało więc na wakacje….. ufff, a wraz z nim wiele innych powiedzmy działów. Nie funkcjonuje w tym okresie np. mój fryzjer, mój dentysta, kinezyterapeuta, salony samochodowe, niektóre knajpy, nie działają małe firmy. Na wakacje wyjechali architekci i wielu lekarzy rodzinnych. Nie ma tłoku w pustawych i nagle PUNKTUALNIE jeżdżących autobusach. Mało tego – bez problemu znajduję miejsce siedzące. Spokojnie, sielsko i anielsko na mieście i uśpiona atmosfera w restauracjach. Cicho i leniwie. Wszystko dzieje się wolniej i jakby od niechcenia. Na wielkie szczęście nie przyjeżdżają tutaj liczni turyści. Taka la dolce vita po flamandzku.
Chciałoby się powiedzieć: trwaj chwilo!
Zalig właśnie!

Lubię jak głaszcze
Smutne smuteczki