Zalig!

                    Bardzo lubię to słowo jakże często używane przez Flamandów. W dosłownym tłumaczeniu „zalig” znaczy „błogosławiony”, ale faktycznie znaczy także coś innego.

                  Kocham to nasze miasto. Niewielkie, ładne, uniwersyteckie, międzynarodowe i bezpieczne. Sporo się tutaj dzieje i to właściwie pod każdym względem. Nie sposób się nudzić.

                 Jednak najbardziej lubię właśnie aktualny okres trwający około 3 tygodni. Od poniedziałku zaczęły się tutaj tzw. bouwvakantie czyli wakacje budowlane, a trzeba wiedzieć, że jest to naprawdę ogromnie znaczący dział gospodarki w Belgii. Budownictwo wyjechało więc na wakacje….. ufff, a wraz z nim wiele innych powiedzmy działów. Nie funkcjonuje w tym okresie np. mój fryzjer, mój dentysta, kinezyterapeuta, salony samochodowe, niektóre knajpy, nie działają małe firmy. Na wakacje wyjechali architekci i wielu lekarzy rodzinnych. Nie ma tłoku w pustawych i nagle PUNKTUALNIE jeżdżących autobusach. Mało tego – bez problemu znajduję miejsce siedzące. Spokojnie, sielsko i anielsko na mieście i uśpiona atmosfera w restauracjach. Cicho i leniwie. Wszystko dzieje się wolniej i jakby od niechcenia. Na wielkie szczęście nie przyjeżdżają tutaj liczni turyści. Taka la dolce vita po flamandzku.

Chciałoby się powiedzieć: trwaj chwilo!


Zalig właśnie!

 

Crocsy.

                      Kupiłam sobie te osławione Crocsy do chodzenia “po domu”. Że super wygodne, leciutkie, mięciutkie…. . Kupiłam, tak w zasadzie, wbrew sobie, gdyż nigdy mi się nie podobały. Nabyłam, na szczęście, nie te koszmarnie odblaskowe w kolorze różowym lub żółtym, ale czarne z białym paseczkiem. Można się uprzeć, że są gustowne.

No i co?

                   Po dwóch dniach paradowania w nich „po domu” kostki spuchły mi niemiłosiernie. Na dodatek zaczęły bardzo, ale to bardzo boleć. Zrobiły się czerwone. No cud malina i nic tylko podziwiać! W związku z tym moje niezbyt……. hm rozbudowane łydki (przez niektórych zwane patyczakami) wyglądają jeszcze gorzej. Crocsy stoją więc sobie na półce w piwnicy, 40 euro poszło w błoto, a ja ciągle nie mam butów „po domu”.


Crocsy.

No i masz babo przysłowiowy placek:(

 


Operacja nr 28.

               Lub być może nr 29 lub 27. Sama czasami nie wiem. Tak w zasadzie to jest bez większej różnicy. Na prawej stopie „coś” mi urosło i musi być wycięte, bowiem to „coś” bardzo przeszkadza mi w chodzeniu.

               Ja już nawet nie pytam dlaczego znowu ja. I za co właściwie ta kara. Z losem jestem dawno w jakimś sensie pogodzona. Z naciskiem na „w jakimś sensie”. Raz mniej, raz bardziej, ale jakoś egzystuję. Z naciskiem na „jakoś”.

Nie chcę jednak psuć nam wakacji i będę operowana dopiero pod koniec tego roku.

              Do pionu stawia mnie dotarcie w szpitalu do mojego chirurga. Aby się tam dostać muszę niestety przejść obok onkologii dziecięcej i kto narzeka na swoje życie niech chociaż raz to zobaczy. Te łyse, prawie zielone na twarzach maluchy bawią się często beztrosko, a mnie gardło zasycha i mam ściśnięty żołądek przez następne dwa dni.

Jakie pytania zadają sobie rodzice tych dzieci?

Z czego czerpią siłę?

Do jakich bogów się modlą?

I jacy bogowie ich wysłuchają?

                Widzę ich tam często jak wspierają te swoje pociechy, widzę lekarzy i pielęgniarki poprzebierane w kolorowe fartuchy i czepki. Barwne ściany, rysunki, zabawki, gry komputerowe, balony. Ot, taka namiastka normalnego życia.


 „Wiele trze­ba mo­cy, by umieć żyć wiedząc, jak bar­dzo życie i nies­pra­wied­li­wość są z sobą złączone”. (F.Nietzche).

 


Il vento.*

 Il vento.Lubię jak głaszcze

 Moje włosy.

 

 Jak studzi rozpalone policzki.

 Lubię jak z wdziękiem

 Unosi sukienkę.

 Kocham jak szepcze czule

 Moje imię.

 

 Bądź częściej.


 Pieść rozkosznie.

Tak zwyczajnie.

Trwaj przy mnie.

 

 

* (it.) – wiatr.

 


Percepcja.

                    Według najprostszej definicji percepcja to: Percepcja w szerokim sensie oznacza rejestrację (uchwycenie) przedmiotów i zdarzeń środowiska zewnętrznego: ich odbiór sensoryczny, zrozumienie, identyfikację i określenie werbalne oraz przygotowanie do reakcji na bodziec”. (Wiki).

Prosta sprawa w zasadzie, a jednak.


                Przygotowujemy się do remontu domu. Już na samą myśl ciarki chodzą mi po plecach. Nienawidzę, ale trudno. Zrobić trzeba, no mercy i nie narzekaj. W związku z tym ubiegły weekend, a także ten aktualny spędzamy w strasznych sklepach. Upojny zapach farb, 50 odcieni szarości (!), farba biała, biało-biała, śnieżnobiała, złamany biel, beżowy biel….. i tak w nieskończoność. Już nie mówię o
prawie przeżywanym orgazmie na widok desek, wiertarek, klamek, uchwytów, gwoździ, znowu uchwytów. God please help me!

Zaraz, zaraz miało być o percepcji. A więc ab ovo.

               W ostatnim sklepie z instalacjami grzewczymi (ROZKOSZ) obsługiwał nas około 35-letni mężczyzna. Bardzo miły, bardzo grzeczny, uprzejmy i, co chyba najważniejsze, kompetentny. Po jakiś 20 minutach otrzymaliśmy zadowalające odpowiedzi na nasze pytania. W drodze powrotnej do domu powiedziałam:

Ja: fajny ten sprzedawca, prawda?
Mój mąż: (bez entuzjazmu) tak, fajny.
J: i wielbiciel „Diesla”?
MM: „Diesla”? Skąd wiesz? Przecież nie widziałaś jego samochodu.
J: nie samochodu, a wielbiciel marki odzieżowej „Diesel”.
MM: hmmm (inteligentnie). Skąd wiesz?
J: miał na ręce zegarek tej marki i nosił ładne, ciemno szare jeansy także tej firmy. Miał także bardzo gustowne, czarno- złote okulary, również „Diesel”.
MM: (kpiąco) i może jeszcze buty?
J: nie buty miał czarne, skórzane „Nike”.
MM: (ironicznie) a skarpetki?
J: również czarne, ale marki nie zauważyłam.
MM: (wyraźnie zawiedziony)no to nie jesteś taka spostrzegawcza jak myślałem. (Wzdych zawodu). Ale koszulę miał także benzynową?
J: nie. Zwykła czarna z wyszytym na czerwono logo sklepu. Podobnie zresztą jak pozostałych 5 facetów obsugujacych klientów.

MM: (z rozbawieniem) a ilu było klientów?
J: 11 w tym, razem ze mną, 4 kobiety. Jedna w zaawansowanej ciąży (nie ja).

MM: a ten facet ci się spodobał?
J: tak, ale jest żonaty.

MM: skąd…..

(…….)


Tutaj rozmowa się urwała, gdyż MM prawie wjechał pod nadjeżdżający z naprzeciwka samochód.

Dodam tylko, że on zapamiętał, że obsługiwał nas jakiś mężczyzna w CHYBA ciemnej koszuli.

No comments.

 

La Fleur.

                   Zakochałam się bez pamięci.

Motyle w brzuchu, radość z posiadania, czułość. Sami wiecie, rozumiecie. Jest śliczny, biały, miły w dotyku. Ozdób specjalnie nie znoszę, ale te małe, lekko fioletowe kwiatki zwyczajnie mnie urzekły. Kupiłam mu nawet białe ubranko, żeby się nie porysował.

              Tak, tak, szczenięca miłość do telefonu może istnieć, chociaż zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć głupio i naiwnie. Stara baba, a taka durna.

No i tak ładnie (jak w tytule) się nazywa. „La Fleur” to po francuskiemu „kwiat”. Na nazwisko ma Samsung Galaxi.

Zdjęcia nie zamieszczam, gdyż są ich setki na Googlu.

 


Rzeczka.

 Rzeczka.Smutne smuteczki

 Sprawa jest prosta

 Bardzo was proszę

 Sprzeciwu nie zniosę

 

 Idźcie do rzeczki


 Tam się utopcie


 I po kłopocie.

 

Po wieczne czasy

Siedźcie głęboko

Gdzie ciemno

I zimno

Samotnie.


I mokro. 

 

 

Amsterdamska czarownica.

                    Całą wizytę w Amsterdamie zepsuły mi moje włosy. Tak, tak. A raczej ich kolor. Jakiś diabeł podkusił mnie, aby zmienić szampon koloryzujący, którego używam od 100 lat, na inny. Niesprawdzony. Włosy mam wielkie, kręcone i brązowe.

                 Cholera. Włosy zrobiły się prawie czarne. Totalny koszmar. Chodziłam tam więc w tej Holandii strasząc tych Holendrów czarną czupryną. Osobiście nic nie mam przeciwko czarnym włosom, ale taki kolor ZUPEŁNIE nie pasuje do mojej karnacji.

Wyglądałam (i ciągle niestety wyglądam) jak najprawdziwsza czarownica.

Przesiaduję więc w w ukryciu, w piwnicy, w domu.