Przekleństwo.

                                 Jakoś tak nigdy nie pomyślałabym o sobie jako o istocie źle wychowanej, niegrzecznej czy np. przeklinającej publicznie. A tu proszę, jaka niespodzianka.

                                  Mieliśmy właśnie przemiłą wizytę z Polski. Spacerując po naszym mieście z uroczym starszym panem, kilkakrotnie a to pozdrowiłam kogoś, a to coś tam zamówiłam czy kupiłam, grzecznie wszystkim mówiąc „dzień dobry” czyli „goede dag” (po flamandzku), a w zasadzie „chuje dach”. Mój gość, na początku zażenowany, nie mógł wprost uwierzyć, że tak się to mówi! Naprawdę. Bardzo się uśmiałam i ubawiłam tym zdarzeniem. Przez cały dzień beztrosko rzucałam głośno i wyraźnie mięsem na prawo i lewo, a pan profesor przeżywał chwile grozy i prawdziwego wstydu za moje zachowanie.

                               “Chuje” to najzwyklejszy bowiem w świecie przymiotnik znaczący „dobry/a” i jest rzecz jasna bardzo powszechnie używany przez cały czas. Mieszkając od bardzo dawna poza granicami Polski prawie zatraciłam tę czasami subtelną (chociaż nie w tym przypadku) granicę miedzy wulgaryzmami, a ładnym językiem.

                           Tak samo jest z poczuciem humoru. Trzeba mieszkać w danym kraju, znać sytuacje, warunki, ludzi, kontekst, aby niektóre dowcipy miały sens i naprawdę śmieszyły. Do flamandzkiego dowcipu jestem przyzwyczajona. Bardzo, bardzo ostry, „to the point”, często wulgarny i dosadny. Bez tabu i bez osób i rzeczy chronionych czy niedozwolonych. W czasach panowania „naszego” papieża był on nieustającym, wdzięcznym tematem żartów, które w Polsce z całą pewnością uznano by za świętokradztwo. Dobry, ale trzeba się jednak oswoić.

                           Moim zdaniem jedynie Anglicy oraz Amerykanie potrafią dowcipkować, że tak powiem, internacjonalnie. Taki np. Woody Allen; jaki smutny byłby świat bez niego: "They are two types of people on this world, good and bad. The good sleep better, but the bad seem to enjoy the waking hours much more".

Super.

Rezygnacja-degradacja.

                                     Z powodu trwającej już ponad 6 tygodni rekonwalescencji musiałam zrezygnować z: dalszej nauki języka włoskiego, świętowania, obchodzenia Sylwestra, sexu, logicznego myślenia, spacerów z psem, trzech wcześniej zaplanowanych spotkań z przyjaciółmi, czytania książek, analizowania faktów, wyjazdu do Paryża w celu obchodzenia urodzin mojego Męża, cieszenia się ( choćby minimalnie)życiem, chodzenia do kina, przebywania tam gdzie trzeba dłużej siedzieć, spania w nocy, prowadzenia chociażby w małym stopniu aktywniejszego życia.

                            Zgrzeszę teraz, parafrazując trochę Najukochańszą z poetek:

 „ Zmęczona ledwie idę,

na kiju się opieram,

przejechana przez życie

jak przez złego szofera.

……

Jestem złamana, pogięta,

pocięta, poorana,

i tylko moja kobiecość

to zagojona rana”.

                                    

                               Nic tylko teraz przychodzi mi do głowy jedna myśl: może najwyższy czas zrezygnować z samej siebie?

Ty.

 Ty.         Z jakiegoś powodu

Poszukuję Cię znowu. 

                                  Z jakiegoś powodu

                                  Przywołuję Cię znowu. 

Z jakiegoś powodu

Pragnę Cię znowu. 

                                   Z jakiegoś powodu

                                   Ogarniasz mnie znowu. 

Bez żadnego powodu

Znajduję Cię.

Znowu. 

Sublimacja.

                                 Za oknem czarna noc. Bardzo, ale to bardzo cicho. Prawie wcale nie słychać u nas samochodów. Gdzieś w oddali cichutko, ledwie słyszalnie szumi autostrada. W sypialni jest chłodno i bardzo ciemno. Bardzo rzadko włączamy tutaj ogrzewanie, a dokładnie opuszczone żaluzje idealnie izolują nas od świata zewnętrznego. Łóżko jest duże, materace super wygodne, a obok pochrapuje najukochańszy na świecie człowiek. Wymarzone wprost warunki do spania i odpoczynku. Słyszę na dole „stukającego” pazurkami po podłodze psa. Czyżby on także nie mógł spać? W końcu psy stają się podobne do swoich właścicieli…… lub może wręcz  odwrotnie? Sama nie wiem.

                                   Przewracam się z boku na bok starając się przyjąć jakąś korzystną pozycję. Pozycję, w której chociaż trochę przestanie mnie boleć. Na nic. Wszystko na nic. Tik tak, tik tak. Wsłuchuję się w tykanie zegara. Przecież to takie nudne i takie monotonne! Chyba to dobrze, że nie jestem zegarem. Dopiero druga w nocy. Tak strasznie daleko do rana. Tik tak. Mam nadzieję, że minęła wieczność, a to tylko 15 minut. Boże, jakże ten czas niemiłosiernie się dłuży!

                                    Staram się leżeć raczej nieruchomo i robić jak najmniej hałasu. Wiem, że jutro musisz wstać i iść do pracy. Przenoszę się myślami w inny, lepszy, wyimaginowany świat. Ćwiczę to już od bardzo, bardzo dawna, ale niestety metoda sublimacji tej nocy nie działa.

                                   Wstaję cichutko i biorę kolejne prochy przeciwbólowe. Tik tak, tik tak. Zwariować można od tego tykania. Wiem z doświadczenia, że poczuję zbawienne działanie zawartej w tabletkach morfiny za kilka minut. Znowu i znowu tik tak. A może to zegar się zepsuł? Jestem już najzwyczajniejszym w świecie narkomanem. Tik tak, tik tak. Czekam w skupieniu na działanie tabletek.

                                  Dlaczego to trwa tak długo?

 

Gaza.

Gaza.

                       Flamandzki nie jest najpopularniejszym językiem, więc pozwolę sobie przetłumaczyć.

 Żołnierz pyta:

„Czy zostało jeszcze coś, czego NIE zdążyliśmy przez przypadek zbombardować?”

Made by Kamagurka.

No comments.  

 

„24”.Uzależnieni.

                        Wbrew danym sobie wcześniejszym obietnicom znowu ugrzęźliśmy w „24”. Cholera, nie gotujemy, nie śpimy, nie kochamy się (chociaż to także z powodu ciągle bolącego brzucha), maż zaniedbał pracę naukową i co najgorsze pies NIE wychodzi na spacer. Oglądamy na własnym “home cinema”, a więc efekty audio-wizualne są naprawdę świetne. Skaranie boskie!

                          Co jest takiego w tej serii, że nie możemy się oderwać i wirtualnie żyjemy w LA?

 

Dammit, Jack!

                          W ubiegłym tygodniu w USA, wprawdzie znacznie opóźniona z powodu słynnego strajku scenarzystów, weszła na ekrany telewizji FOX siódma seria. Nie ma więc dla nas, niestety, ratunku.

Hipnoza.

W ubiegłym tygodniu, Fabiola, czyli „stara królowa” jak się ją tutaj nazywa, była operowana na tarczycę.

Niby nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że operacja odbyła się nie pod narkozą, ale w hipnozie. Muszę powiedzieć, że wiadomość ta zrobiła na mnie spore wrażenie. Jakoś nigdy w skuteczność hipnozy nie wierzyłam, odnosiłam się do niej bardzo, bardzo sceptycznie uważając ją za jakiś komercjalny wymysł szarlatanów. Albo reżyserów filmowych dla upiększenia i uatrakcyjnienia akcji.

Pamiętam jeszcze ze studiów, czym tak naprawdę hipnoza jest: (w ogromnym skrócie ) „odmiennym stanem świadomości gdzieś pomiędzy jawą, a snem” („hipnoz” po grecku to właśnie sen). Coś jakby bardzo głęboka koncentracja. Odmienna praca mózgu w czasie hipnozy pozwala na np. na nieodczuwanie bólu, czy na brak kontroli nad pewnymi częściami ciała. W stanie hipnotycznym człowiek jest podatny na różnego rodzaju sugestie i bezwolne wykonywanie poleceń. Na temat bezpieczeństwa stosowania hipnozy czy jego braku dla pacjenta istnieje wiele różnorodnych teorii. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby racjonalnie myślący człowiek poddał się operacji właśnie pod jej wpływem. A okazuje się, że nie mam racji. Wygląda na to, że to naprawdę działa, a pacjentka przeżyła operację i według oficjalnego komunikatu czuła się całkiem nieźle. Wprawdzie Fabiola wylądowała w ostatni weekend ponownie w szpitalu, ale z powodu zapalenia płuc i chyba bez związku z zabiegiem.

Czy jest to jakaś nowa droga dla współczesnej medycyny?

 


Solden.

                         Solden, czyli jak łatwo się można domyślić, wyprzedaż. Nie muszę się uczyć, mogę więc biegać po sklepach, chociaż słowo „biegać” w kontekście mojego zdrowia brzmi komicznie lub raczej tragikomicznie. Ale ad rem. We Flandrii przeceny są naprawdę super. Można się obkupić na kolejne kilka miesięcy(co np.praktykuje mój mąż) i potem wcale nie zaglądać już do sklepów. Ruch w nich jest spory. W tanich sieciach jak np. C&A, Promod, Zara czy niezawodny Esprit wprost katastrofa. W C&A miałam wrażenie, że jestem w Turcji lub Maroku, a dominującym językiem w Belgii jest arabski. W droższych sklepach w miarę normalnie, a w takim Hugo Boss prawie pustki. Niestety w tym roku, z powodu operacji, nie byłam przygotowana do soldów odpowiednio strategicznie tzn. nie miałam z góry upatrzonych i co ważne (!) przymierzonych szmat do kupienia. Musiałam więc stracić nieco więcej czasu, energii i cierpliwości. Ale co tam! Nie samym Seneką, poezją i operą człowiek żyje. Moje polowanie zakończyło się więc sukcesem: nakupowałam sporo i według mojej prywatnej logiki zaoszczędziłam 375 euro. Z czego, rzecz jasna, jestem dumna niebywale. Dla ścisłości: żadna, ale to absolutnie żadna z nowych rzeczy nie jest mi potrzebna. No chyba, że do szczęścia. Ćwicząc siłę charakteru, oparłam się kilku pokusom i to w moim wrażliwym temacie torebek, szalików i apaszek. 

                            La vita bywa czasami bella!

                        Generalnie należy być ostrożnym i nie oceniać zasobności flamandzkich portfeli po wyglądzie ich właścicieli. Tutaj nie trzeba się jakoś specjalnie stroić, a epatowanie ciuchami, samochodami czy możliwościami finansowymi jest niemile widziane i jakby nie na miejscu. Bardzo często bardzo bogaci ludzie chodzą skromnie i zwyczajnie ubrani preferując wygodę i komfort. Coś tak na modłę krajów skandynawskich. Bez polotu i bez rafinerii, której, szczerze mówiąc, czasami jednak troszkę mi brakuje. Oczywiście generalizuję i banalizuję całe zagadnienie gdyż nie jest to sprawa istotna, godna większej uwagi. Powiedzenie „jak cię widzą, tak cię piszą” nie ma racji bytu, a fotografowanie się (mieszkając w baraku) na tle np. plazmy na rożnych portalach raczej mniej popularne. Jest to pewnego rodzaju przeciwieństwo stylu bycia i życia innych nacji gdzie „show off” jest chlebem powszednim i istotnym wyznacznikiem pozycji społecznej. Wiem, co mówię, ponieważ jestem relatywnie często z tymi „problemami” konfrontowana. Osobiście cieszę się, że tutaj jest dokładnie właśnie tak.

                                    Cała ta dzisiejsza pisanina to takie w zasadzie pierdoły, ale dają jakiś obraz danego społeczeństwa i chyba trochę do myślenia np. socjologom.

Myśli.

Mysli.         

                                               Myśli moje

                                               zagmatwane

                                               chore

                                               brzydkie

                                               poszarpane.

 Myśli moje.

Niepotrzebne.

Niezawodne.

Straszne.

Mocne. 

W głębi duszy pochowane.

Myśli moje

niekochane.