Wszędzie w aptekach pełno lekarstw (ale chyba mniej niż kosmetyków). Piętrzą się na półkach, zalegają w szufladach. Pięknie wyglądają i podobno czynią cuda. I tak w zasadzie to są, istnieją jakieś leki na wszystko. Podobno.
Tysiące ludzi, naukowców, pracuje nad nowymi. Wielkie firmy farmaceutyczne robią kokosowe interesy zarabiając miliony na chorych ludziach. W rozmaitych artykułach i książkach czytam jak sprawnie można dzisiaj prawie wszystko wyleczyć. Informacje są przeważnie niezwykle optymistyczne, a teoria wygląda różowo i zachęcająco.
A jednak mojego bólu NIKT w praktyce nie potrafi poskromić. Nie chcę brać morfiny, aby się nie uzależnić, a zwykłe lekarstwa przeciwbólowe, chociaż bardzo silne, nie działają. A jeżeli trochę pomagają to zwykle tak, że czuję się jak zombi, niezdolna do normalnego funkcjonowania oraz komunikowania się z ludźmi.
Gdzie do diabła kryje się tajemnica?
I czy ktoś kiedyś mi pomoże?
Może somewhere jest jednak jakieś remedium?
Gdzie do jasnej cholery?