Archiwum dnia: 22 stycznia, 2010

Elita.

„Jak szacują specjaliści, niemal co piąty dorosły Europejczyk cierpi z powodu przewlekłego bólu – 35 procent z nich odczuwa ból codziennie, w przypadku 25 procent ból wpływa na przebieg pracy zawodowej, a u 16 procent jest niekiedy tak silny, że chcieliby umrzeć. Ból utrzymuje się średnio przez 7 lat, w 40 procentach przypadków nie udaje się uzyskać nad nim kontroli. Przeliczając te dane na krajowe realia, przewlekłe bóle odczuwa ponad 8 milionów Polaków, a chciało z tego powodu umrzeć ponad 1,3 miliona. U ponad 3 milionów nie uzyskuje się kontroli bólu, choć już w roku 2004 Światowa Organizacja Zdrowia uznała leczenie mające na celu uśmierzenie bólu za prawo człowieka. Pół procent Polaków – około 200 tysięcy – cierpi na bóle nowotworowe – wyliczał dr Jarosz”.

To cytat z artykułu, a w zasadzie z artykuliku („Ból jak choroba”) w “Gazecie”. Pozycja marna, mało inwencyjna i przeznaczona chyba dla przedszkolaków, ale z czegoś trzeba żyć. Wiadomo.

Ja jednak wcale nie chcę o pisać o tym aspekcie.

Liczyć specjalnie, a w zasadzie (o zgrozo!) prawie nie potrafię, ale tak mi jednak jakoś wyszło, że zaliczam się do ścisłej elity. Za „Wikipedią” podaję, że „Elitą są więc różnorodne zbiory utworzone przez ludzi wyróżniających się w rozmaitych dziedzinach”. Super. Nie, nie należę do elity intelektualnej, finansowej, artystycznej czy kulturalnej. Należę do elity na własny użytek zwanej losers. Mój ból bowiem jest i codzienny, i przewlekły, i wpływa na moją pracę zawodową skutecznie ja uniemożliwiając. Na dodatek nie można uzyskać nad nim kontroli i często chciałam z tego powodu naprawdę umrzeć. Na drugi dodatek trwa on dłużej niż 7 lat, co sprawia, że należę do crème de la crème tejże elity.

Cudnie.

I tym pozytywnym akcentem poprawiam sobie nastrój na właśnie się zaczynający weekend.