Tak, potrafi być nieznośnie długa, prawie bez końca. Chodzę cichutko po salonie. Śpi w nim nasz ukochany, ponad 15 letni pies – staruszek. Pomimo tego, że ma własne DWA wygodne legowiska, leży bezczelnie rozciągnięty na sofie. Wie, że za nic nie zostanie skarcony. Nawet nie drgnie, ponieważ słabo słyszy.
Staram się robić jak najmniej hałasu. Rozpaczliwie spoglądam na, jakby stojący w miejscu, zegar. W moim brzuchu i w plecach znowu ten rozgrzany do białości pręt. Wierci i wierci. Wyglądam przez okno. Spokój przeraźliwy, cisza i ani jednego człowieka. Nawet wszechobecne koty gdzieś poznikały. We wszystkich sąsiedzkich domach opuszczone żaluzje. Nie specjalnie to lubię, ale sami je mamy. Wszyscy odcięci, wyizolowani od świata, zamknięci w swoich domach. Razem ze swoimi radościami, smutkami, troskami… . Chce mi się wyć. Niech ta noc już się skończy.
Wszyscy śpią z wyjątkiem mnie i mojej choroby.