Wróciliśmy, nie ukrywam, że z niechęcią. Wakacje udały się znakomicie. Ale ab ovo.
Przed wyjazdem stoczyłam zwycięską walkę z mężem i z lekarzem domowym. Obaj, jednomyślnie zjednoczeni, próbowali wyperswadować mi wyjazd; zupełnie, ale to zupełnie wysiadł mi kręgosłup i lewa noga. Uparłam się jednak jak osioł i pojechaliśmy. W pierwszy dzień (500 km do Le Mans) podróżowałam w prawdziwej agonii i w czymś w rodzaju gorsetu, a wieczorem ledwo doczołgałam się do hotelowej restauracji. Nie mogłam jednak nadmiernie narzekać, aby nie usłyszeć „sama chciałaś”. W następne dni było trochę lepiej, z naciskiem na trochę.
FRANCJA.
Autorytatywnie i bezdyskusyjnie stwierdzam, że to jest najpiękniejszy kraj na świecie, z całą pewnością na wakacje. Region, który zwiedziliśmy to Pays de la Loire ze stolicą w całkiem sympatycznie wyglądającym Nantes. Wybrzeże nad Atlantykiem pięknie, gustownie, acz skromnie zabudowane. Nie brakuje rzecz jasna obwarowanych, szczelnie ogrodzonych i niedostępnych willi, ale nie psują one krajobrazu. Nicolas i Carla, pomimo zapowiedzi, nieobecni. Nicolas był bardzo zajęty w Paryżu deportacją Romów, aby ci mogli także u siebie wcielać w życie piękne w zasadzie hasła liberté, égalité, fraternité. U siebie, czyli nigdzie. Nad oceanem piękne, szerokie, piaszczyste plaże, puste o tej porze roku. Niedaleko było centrum surfingu i nigdy, przenigdy nie widziałam aż tylu ślicznych, szczupłych i wysportowanych mężczyzn w jednym miejscu. Niech żyje multi-kulti, niech żyje mieszanie się ras i kolorów i to wszystko, co w wyniku tego mieszania się rodzi. Wszyscy oni przebierali się bez najmniejszego skrępowania na plaży, a więc gdybym tam mieszkała to chyba z nadmiaru adrenaliny zaczęłabym chodzić, a może nawet i biegać bez laski.
Sporo miejsc PUSTYCH dla niepełnosprawnych. Francja to chyba jedyny kraj na świecie gdzie tzw. zwykli ludzie bezczelnie (?), słusznie (?), bez powodu (?), nie powinni(?) sprawdzają czy zaparkowany tam samochód posiada odpowiednią kartę.
Francuzi grzeczni, mili i uprzejmi. Podejrzewam, że przeciętny mieszkaniec Francji używa 5 razy więcej zwrotów i form grzecznościowych niż przeciętny Flamand i 10 razy więcej niż przeciętny Polak.
Znakomita infrastruktura, czysto, dobre drogi i relatywnie puste autostrady (drogie!).
POGODA.
Super. Około 20- 22 stopnie i tylko trzy dni deszczowe. Wietrznie, co wprost uwielbiam. Brzydka pogoda kiedyś była przez mojego męża nazywana „seksualną”, a teraz „intelektualną”. Signum temporis?
KUCHNIA.
Nie bez kozery la cusine française cieszy się dobrą sławą. Jedzenie znakomite i urozmaicone. Tańsze w porównaniu z Belgią. Szczególnie w małych, wiejskich knajpkach. Dobre także i smaczne zaopatrzenie w marketach i nie mówię tylko o serach i winach (te w Belgii są dostępne), ale o zwykłym np. chlebie. Raj i prawdziwa uczta dla miłośników fruits de mer.
MY.
Spędziliśmy 16 dni i nocy tylko we własnym sosie. Cudnie. Bez komputerów i bez telewizji (tylko le journal). Telewizja francuska jest dla mnie nie do oglądania; coś tam leci między niesamowicie durnowatymi reklamami. Koszmar. Tak samo zresztą radio. Obowiązek puszczania iluś tam procent piosenek francuskich jest absurdalny, chociaż lubię typowe chansons. Mój mąż również i tym razem przemycił stare szmaty i T-shirty, upodabniając się do prawdziwego kloszarda. Zdecydowana przemiana, jako chyba także forma pewnego wypoczynku, dla elegancko i raczej na co dzień dobrze ubranego mężczyzny. Kategorycznie sprzeciwia się wyrzuceniu ich na śmietnik (jest emocjonalnie związany), a ja próbowałam kilkakrotnie je „przez pomyłkę” wygotować w praniu i nic się im nie przydarzyło.
Na koniec oczywiście moi w wersji powiedzmy plażowej na tle oczywiście naszego samochodu:
