Archiwa miesięczne: Wrzesień 2013

Wspomnienie lata 2.

Słynna skocznia w Innsbrucku.

 

Wsp.1

 

I widok z niej na samo miasto.

 

Wsp.2

 

A tu wiadomo kto. Generalnie skoki narciarskie mnie nie pasjonują, ale ten große kleine Mann zasługuje na najwyższy szacunek.

 

Wsp3.

 

Na koniec cudny Salzburg. Mozart, Mozart i raz jeszcze Mozart. Wszystko nazywa się Mozart. Na kilometr słyszałam chichot historii. Ten genialny wprost kompozytor żył i umarł w skrajnej biedzie, nie posiada nawet własnego grobu, a teraz samo jego imię ściąga miliony turystów. Ach życie… .

 

Wsp4.

 

Wsp5.

 

Wsp6.

 

Wsp7.

 

Wsp8.

 

Typowy mieszkaniec Salzburga.

 

Wsp9.

 

A teraz jeszcze tylko rok i nowe wakacje!!!!



Wspomnienie lata.

                   Lato, czy się nam to podoba czy nie, się skończyło, a więc sobie troszkę powspominam nasze wakacje.

                 Najpierw 2 dni w Norymberdze. Absolutny zachwyt. Czym? Ano wszystkim. Samym miastem, atmosferą, nastrojem…. . Wyciszeniem. Okazuje się, że w mieście, pomimo sporej liczby ludzi na ulicach, może być CICHO. Nie ryczą głośniki, nie gra głośno muzyka w knajpach. Zalig!



Wspomnienie.

 

Wspomnienie1.

 

Wspomnienie2.

 

A teraz już sam Tyrol.

 

Wspomnienie4.

 

Wspomnienie5.

 

Wspomnienie6.

 

Sąsiadki.

 

Wspomnienie6.

 

Room with a view czyli widok z naszego okna w sypialni.

 

Wspomnienie7.

 

Cdn.

Obietnica.

 Obietnia.Przestań już płakać.

 Worek ze łzami jest przecież

 prawie pusty.

 

 Obejrzyj się za siebie

 Wyciągnij rękę.

 

 Dotknij.

 

 Jestem.

 Nawet kiedy mnie nie ma.

 To jestem.

 

Tyle razy ci mówiłem.

 

Znowu nie słuchasz.

 

Przestań proszę.
Do diabła.

 

Worek ze łzami jest pusty.


Przyrzekam.
Będę się starał

Aby życie nie zapełniło go od nowa.

 

Naprawdę przyrzekam.

 

Już dobrze?

Uśmiechnij się.
Tak na to czekam.

 


Swarovski – crystal beauty.

                     O Swarovskim słyszał chyba prawie każdy. Przyznaję, że nie wiedziałam, że headquarters znajduje się w Wattens, a więc niedaleko naszego domku w Tyrolu. Firma jest ogromna i wbrew temu co myślałam zajmuje się wytwarzaniem nie tylko biżuterii. Podróże JEDNAK kształcą.

                Zawsze mi się wydawało, że wyroby Swarovskiego to kicz (chociaż posiadam kilka całkiem ładnych sztuk), ale nic tego. Zwiedziliśmy muzeum, gdzie wejście wygląda tak:


Swarovski8.

 

 

Swarovski1.


                       No i oglądałam wszystko z zapartym tchem. Magia, bajka, czary i artyzm z najwyższej półki. Cudo.

 

Swarowski2.

 

Swarowski3.

 

Swarowski4.

 

Swarowski5.

 

Swarowski6.

 

Swarowski7.

 

Grüß Gott.

                             Tak więc miałam całkowitą rację. Jeżeli uznać za nudę kliniczny wręcz porządek w parkach, na ulicach, a także w obejściach domowych to Tyrol faktycznie jest nudny. Do tego dochodzą bardzo dobre drogi i wielka na nich uprzejmość z czego niezmiernie się cieszył mój personal driver. Również powietrze jest czyściusieńkie i gdyby nie cyt.”moja chorobliwa wręcz skłonność do prania rzeczy czystych”  to można by spokojnie chodzić w białych spodniach przez co najmniej kilka dni. Widziałam 1,5 metrowe pelargonie i takie same petunie, a ja naiwnie myślałam, że to co hoduję na oknie kuchennym jest okazałe. Ach… .

                      Wszędzie sielsko, anielsko, wiejsko i jak dla mnie kiczowato, ale trzeba przyznać, że Austriakom udało się to, co się udaje w niewielu krajach. Mianowicie Tyrol jest jednakowy i stylistycznie, i architektonicznie. Chapeau bas.

Tutaj domek, w którym mieszkaliśmy no i ja na naszym tarasie.

Tyro.

 

Tyrol4.

 

Tyrol4.

                       Pomimo tego, że żadne z nas spricht kein Deutsch, English jest powszechnie znany i na całkiem dobrym poziomie.

                      Tytułowe Grüß Gott to nic innego jak polskie Szczęść Boże. Ku mojemu zdziwieniu jest to nadal powszechnie stosowane pozdrowienie i to nie tylko na ulicy, ale także w sklepach i restauracjach. Na początku trochę mnie to bawiło, ale później, nie ukrywam, zaczęło jednak irytować.

                     Jedyny minus całego pobytu to restauracje i panujące w nich prawie wszędzie jednakowe jedzenie: mięso, mięso i jeszcze raz mięso. Chyba tam nikt nie słyszał o np. avocado, rucoli, brokułach, bazylii, oregano…..itp. Ryby są prawie całkowicie w menu nieobecne. Odnoszę wrażenie, że każdy w Tyrolu może prowadzić restaurację. Wystarczy zgrilować kawał mięsiwa, dodać do tego 2 kilogramy ziemniaków lub grubych, niedobrych frytek, wszystko ozdobić 2 listkami sałaty i voilà. Gotowe. W porównaniu z wysublimowaną i zróżnicowaną kuchnią belgijską po prostu rozpacz. Nie dziwię się więc wcale, że moje zmasakrowane 8 operacjami flaki odmówiły posłuszeństwa.
Nie dziwię się również, że Tyrolczycy są zwyczajnie bardzo grubi, szczególnie mężczyźni gdzieś tak po 50 toczą przed sobą ogromne brzuszyska. Bleee… .

 

                      Na koniec dodam, że nikt, ale to absolutnie nikt nie jodłował. Kto chce posłuchać typowej, tyrolskiej piosenki wystarczy, że wrzuci jedno euro i zagrają.