…….do kraju!
Na wielką imprezę. Mąż, niestety, będzie musiał wracać do Belgii od razu po weekendzie, ale ja zostaję na dłużej. U Mamy. Idylla. Fajnie tak raz na rok przeistoczyć się znowu w córkę, a raczej w córeczkę. Wprawdzie podstarzałą, ale zawsze. Wszystko będę miała podane, zrobione, przygotowane, ugotowane. Po bezlitosnej walce z rodzicielką będę mogła być może włożyć swój brudny talerz do zmywarki. Brzmi pięknie, nieprawda?
Ano nie. Gdybym tam mieszkała na stałe już od dawna siedziałabym na wózku inwalidzkim, a wszystko z nadmiaru opieki i z nadmiaru matczynej miłości prowadzącej niestety do ubezwłasnowolnienia. Ale właśnie dlatego, że ta cała troska pochodzi naprawdę z serca nie buntuję się i po głębokim namyśle zaakceptowałam sytuację. Zwyczajnie nie chcę mamy ranić i tyle.
Chorzy ludzie, rzecz jasna, potrzebują pomocy i opieki, ale także należy ich stymulować do własnej działalności. Ile tylko się da, a nawet więcej. A ja naprawdę wiem o czym piszę. Nie zagłaskiwać, nie użalać się, nie wyręczać we wszystkim. Nadopiekuńczość może bowiem odwrócić się przeciwko nawet najlepszym intencjom. Trust me.
Przygotowałyśmy z siostrą „program artystyczny” na imprezę. Napisałam piosenkę i uwaga……. będę śpiewać, a siostra grać na organach. Raz jeszcze niech żyje i dobrze się rozwija Skype. Nieskromnie może dodam, że obje jesteśmy w tej materii (nie w Skype) uzdolnione.
A teraz przechodzę do czynności, której serdecznie nienawidzę, a mianowicie do pakowania walizki. Nigdy, ale to nigdy nie wiem co mam zabrać i zawsze spakuję się nie tak jak trzeba. Mój mąż wie zawsze co i jak zabrać, i jest spakowany dosłownie w parę minut. Ach, ci faceci to mają jednak fajne życie.
Tak więc miłej podróży sobie życzę, żadnych brzóz na lotnisku w Krakowie sobie nie życzę i do usłyszenia. Ciao tutti:)