„Dalekie trzeba podejmować podróże, kochając swoje domostwo”.(Guillaume Apollnaire).
Prawda, prawda i tylko prawda, ale wracać do domu wcale mi się nie chciało. Aktualnie jestem obrzydliwie objedzona, opita i rozleniwiona. Fajnie czasami być dzieckiem, chociaż czuję się z tym wszystkim nieszczególnie.
Z Brukseli do Krakowa lata tylko Ryanair, a więc z konieczności jestem zdana na tanie linie lotnicze. Do Katowic nie lata nic. Wrrrrr… . Tyle się naczytałam o chamskich i niegrzecznych latających Polakach, a tu….. nic. Miło, grzecznie i przyjemnie. Uzbrojona w broń masowego rażenia sromotnie się zawiodłam. Wszyscy ładnie stali w kolejce i czekali na samolot. Rodacy również. Zwykli pasażerowie, dobrze ubrani, wyposażeni w najnowszy sprzęt, czytający książki i gazety. Mówiący językami obcymi (wiem, ponieważ tradycyjnie podsłuchiwałam) całkiem dobrze i poprawnie.
Czy czasami ta totalna krytyka polskiego społeczeństwa nie jest na wyrost?
Może warto i trzeba napisać coś pozytywnego?
Tak dla zachęty na ten przykład?
Dzisiaj ledwo żyję, gdyż po raz kolejny przez własny, nie ukrywam głupi i uparty upór, zrezygnowałam z asysty na lotnisku. Jestem, więc słusznie ukarana, nie narzekam w związku z tym tylko cierpię w pokorze.
Na zdjęciu ja i mój mąż podróżujący razem po Polsce.
