Archiwum dnia: 20 października, 2015

Black & White……

                    ………ślub zaliczyliśmy w sobotę.Tak się składa, że mój mąż pracuje głównie ze studentami robiącymi doktoraty, ślubów więc zaliczamy całkiem sporo. Zostaliśmy zaproszeni i na reception, i na przyjęcie wieczorne. Niestety mój kręgosłup ograniczył nas tylko do recepcji.

                    Party miało się zacząć niezwykle wcześnie o godz. 13.00. Zabierając dwoje pasażerów stawiliśmy się o 13.15. I co? Ano nico. Sala przykościelna zamknięta i ciemna. Z innymi uczestnikami czekamy więc cierpliwie jakieś 30 minut w temperaturze 3°. W końcu zjawia się jakaś obsługa i otwierają. W środku obrzydliwie zimno. OK. Zajmujemy jeden ze stolików i……czekamy. Nic się nie dzieje. Siedzę w płaszczu żałując wydanych pieniędzy na całkiem ładną, w morskim kolorze sukienkę i granatowo – zielony szal. Mija godzina 14.00. Każdy kto był w krajach zachodniej Europy wie, że lunch jest tutaj absolutną świętością i przyzwyczajeniem. Dla mnie także. Zaczyna mi burczeć brzuchu, podobnie zresztą jak współbiesiadnikom. Godz.14.30. Na stół, przy którym siedzi 14 osób wjeżdża: 1 butelka wody, 1 cola i 1 sprite. Rewelacja. Wszystko znika w ciągu jednej minuty. Godz. 15.00. Na nasz stół zostaje dostarczona 1 butelka cavy, 5 (!) maleńkich rogaliczków i kilka pączków. Chryste pomiłuj. Bez skrupułów wykorzystuję pozycję żony szefa i łapię się na 1 (obrzydliwy w smaku) rogalik i dwa łyczki wina. Mąż dostaje jednego, nierozmrożonego do końca, pączka i 0 wina. Dochodzi 16. i zaczyna mi się kręcić w głowie i robić niedobrze z głodu. Niestety tak już mam, że nie muszę jeść dużo, ale muszę jeść często. Inaczej drastycznie spada mi poziomu cukru we krwi. Na dodatek cały czas wydzierają się nieziemsko do mikrofonu liczni księża, biskupi oraz arcybiskupi rodem z Nigerii. Co jakiś czas ludzie wstają i również dra się wniebogłosy: Jesus loves me! Jesus loves me! Powoli zaczynam wierzyć, że Pan Jezus jest najprawdopodobniej głuchy. Na początku wstajemy również my (na znak szacunku), ale po dwóch godzinach tego cyrku solidarnie go ignorujemy. Od rana zjadłam maleńką kromkę chleba i wypiłam kawę na śniadanie oraz przełknęłam tego nieszczęsnego rogalika. Mój żołądek zaczyna się buntować, a ręce mi się zaczynają trząść z powodu braku cukru. Mąż idzie bezczelnie na zaplecze gdzie znalazł jakąś zakurzoną butelkę soku pomarańczowego. Moja wdzięczność nie zna granic. W końcu….

Alleluja! Zjawia się młoda para:

 

Black.

                   Dziewczyna jest przepiękna (nasze zdjęcie zaś beznadziejne i tego nie widać), robi specjalizację z ginekologii, a pan młody pracuje w prywatnej firmie. Chcę przez to powiedzieć, że z całą pewnością nie są to ludzie biedni i stać ich na nakarmienie zaproszonych niemal z całego świata gości. Około godz.16.30. możemy udać się do bufetu po jedzenie, ale żeby nie było zbyt różowo musimy czekać na swoją kolej. Nasz stolik ma bowiem  nr5.

                 Ufffff. Bufet. Bufet, bufet. A tam brak noży, plastykowe talerzyki i troszkę jedzenia: spalony na czarno ryż, krowie żołądki (!), zielona ryba, kurczak i odrobina warzyw. Żadnych przypraw, ale za to wszystko ZIMNE. Ja naprawdę nie muszę jadać na prawdziwej porcelanie i pić z kryształowych kieliszków, ale jako estetka przywiązuję jednak sporą wagę do tzw. oprawy obiadu. Porwałam dramatycznie jednego z ostatnich kurczaków, a także łyżkę i widelec. Dla następnych gości zabrakalo nawet tego i nie pytajcie mnie co jedli ludzie z dalszych stolików. W efekcie niektórzy jedli to świństwo małym łyżeczkami do kawy, której zresztą nie było.

                  Sytuacja byłatak niewiarygodna i absurdalna, że wszyscy dostaliśmy ataku śmiechu. Jedna bardzo już ciężarna kobieta opuściła razem ze swoim partnerem widowisko twierdząc, że zaraz zemdleje z głodu.

Tym razem zabraknie puenty. Nie wiem bowiem co napisać.

 

….chociaż może to, że jesteśmy znowu bogatsi o nowe tzw. doświadczenie życiowe?